
Walerya Szalay
W
STAREM ZAMCZYSKU.
Opowiadanie z dawnych czasów.
S |
traszne
i krwawe to były czasy. Gad krzyżacki urósł w potęgę i szarpał ziemię polską, co
go przygarnęła gościnnie. Ludzie oswajali się z ciągłym rozlewem krwi – ciągłe
krzywdy i okrucieństwa krzyżackie budziły w sercach zaciętość nieubłaganą,
tłumiły uczucie litości i miłosierdzia nad wrogiem.
Taką
śmiertelną nienawiścią do Krzyżaków pałał Bojomir – rycerz możny i bardzo
waleczny – i nic dziwnego; Krzyżacy porwali mu przed laty synka maleńkiego i słuch
zaginął o dziecku. Nikt nie mógł dociec, co z nim uczynili – czy umorzyli go
okrutnie jako mieli zwyczaj, czy chowali na wroga ziemi rodzinnej? Darmo ojciec
nieszczęsny kołatał do serc krzyżackich, darmo król sam Mistrza Wielkiego pytał;
przebiegły wróg wyparł się wszystkiego – chłopię zaginęło, jak kamień w
wodę...
Rycerz
zastygł w boleści swej, tylko w sercu pozostała mu zaciętość straszna ku wrogom, co
skrzywdzili go tak okrutnie. Rycerski i szlachetny zazwyczaj, stawał się dzikim i
okrutnym gdy szło o Krzyżaków – na wojnie śmierć i zniszczenie siał wśród ich
szeregów, jeńców zaś więził bez miłosierdzia w strasznych, podziemnych lochach
swego zamku, gdzie pozbawieni światła i powietrza ginęli marnie.
Ponure
też i groźne było zamczysko całe; żona Bojomira zmarła z boleści po stracie
dziecka, on sam większą część życia w bojach krwawych spędzał, gdy zaś tych
brakło, na łowy ruszał, by zagłuszyć ból i troskę, co go nurtowały.
d
Był
burzliwy, deszczowy wieczór jesienny. W wielkiej izbie zamkowej przy ogromnym kominie, na
którym gorzały jasno kłody drzewa, siedział pan zamku posępny i zamyślony. Ogromny,
szary niedźwiedź zwinięty w kłębek , leżał u stóp jego, śpiąc smacznie. W kącie
drzemały psy myśliwskie, a za okiennicami szalał wicher jesienny.
Wtem
pod drzwiami rozległ się odgłos kroków. Zwierzęta zerwały się z groźnym pomrukiem
i skoczyły ku wejściu, ale wnet uspokoiły się i z oznakami radości witać poczęły
przybysza. Był to kapłan siwowłosy o słodkiej, łagodnej twarzy.
—
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus ! — rzekł, wchodząc i otrząsając deszcz z
fałdów szaty.
—
Na wieki wieków amen ! — odpowiedział gospodarz, wstając na powitanie przybyłego.
— Siadajcie ojcze. Bóg wam zapłać, że w taką słotę wybraliście się, by
odwiedzić samotnika.
Kapłan
usiadł przy ogniu i rozpoczął gawędę z gospodarzem, głaszcząc zwierzęta, które
się doń łasiły.
—
Starzejesz się Bartek — rzekł wreszcie z uśmiechem, podnosząc olbrzymi łeb
niedźwiedzia, w którego kudłach przeświecały srebrne nitki.
—
Starzejemy się wszyscy — odrzekł gospodarz — i wszystkich nas jedno czeka: spoczynek
wieczny !
—
Pewno, jeno nie dla wszystkich spoczynek ten jednaki będzie — trzeba zapracować sobie
tutaj, by tam wytchnienie znaleźć po trudach życia.
—
Toteż pracuje się; człek szarpie się i rzuca jak ryba w sieci ! — rzekł rycerz z
goryczą.
—
Źle mówisz, synu mój — poprawił kapłan — bo kto szarpie się i rzuca, zamiast
poddać się woli bożej, ten nie zasługę, ale grzech ma i sobie samemu ciężar
przydaje !
—
Łatwo wam mówić, ojcze — odparł głucho Bojomir — ale gdy ból człeka za barki
chwyci, tedy nie ma czasu na rozmyślania, jeno borykać się z nim trzeba, jako ze
zwierzem...
—
Nie boleść twa jest grzechem, jeno to, że sprawiedliwość sam sobie wyrządzasz, na
bożą nie czekając !
Rycerz
rzucił się, aż zatrzeszczała dębowa ława.
—
Jakże to?! — wybuchnął drżącym, wzburzonym głosem. — Mam oszczędzać wroga
nikczemnego, co krew naszą pije i łzy?! Dziecko jedyne porwali mi i umorzyli może
kiedyś okrutnie, niewiasta moja umiłowana przez nich ze świata poszła. Otom stary i
samotny jako ów dąb strzaskany gromem, a wszystko to ich dzieło! I za to przyjaźń
może mam im ofiarować a służby powolne?!...
Kapłan
ze współczuciem patrzył na łamiącego się z bólem wojownika.
—
Ciężkie krzywdy twoje — rzekł serdecznie — ale złą drogę obrałeś, by ulgi
doznać! Na okrucieństwa Krzyżaków oburzasz się, a ty czyli okrutnym nie jesteś?
—
Mój Ojcze !... przecie ja nie jeden na boje chodzę i jeńców biorę; nie ja jeden w
ciemnicy ich trzymam!
—
Ja też nie o tym mówię: na wojny chodzić, jeńców brać, rycerska to rzecz, ale i
wojownicy prawa mają i cześć swoją w tem, by dla bezbronnych litość mieć. Spytaj
sumienia, czyliś nigdy rannego lub chorego nie gnębił, nad pokonanym nie znęcał się?
Tako li rycerze prawi czynią? I ja wojownikiem byłem niegdyś, a Krzyżakiem brzydzę
się jak gadem podłym, ale dlatego właśnie w okrucieństwie i bezprawiu naśladować
ich nie myślę.
—
Pomsty szukam i o nią jeno mi chodzi ! — warknął rycerz.
—
Zajrzyj w duszę swą, czy ci ulgę przyniosła.
—
Więc czego chcecie?!... — rzucił porywczo Bojomir — bym zapomniał o tem, co pali
mię ciągle jak rana świeża?...
—
Nie ! — rzekł poważnie kapłan. — Gdy po rycersku z bronią w ręku krzywdy swej
dochodzisz, praw jesteś, a i niewolnika na wojnie każdy bierze. Ale ty rannemu,
umierającemu nawet nie pofolgujesz, a przecie to już wtedy nie wróg twój, jeno
bliźni, pomocy potrzebujący. Spróbuj zawładnąć kiedy bólem i nienawiścią
słuszną i niemocnemu wrogowi miłosierdzie swe okaż, a kto wie, czy chwilą tą męki i
walki z samym sobą nie okupisz sobie ukojenie!...
Rycerz
czoło wsparł na dłoni i milczał, snać łamał się z czemś. Wreszcie powstał, jakby
przemówić chciał, ale w tejże chwili łuna krwawa zajaśniała w osłoniętych błoną
oknach, a psy poczęły wyć głucho.
Rycerz
ku drzwiom skoczył, a i kapłan podniósł się żywo, niepewny, co łuna owa oznacza,
napad czy pożar jakowyś, ale już w podwórcach zamkowych zawrzało jak w ulu, gdy weń
kto kamieniem ciśnie. Czeladź, żołnierstwo, zwijali się żwawo, na wieży dzwon
zabrzmiał na trwogę i krzyk ogromny targnął powietrzem...
—
Wici ogniste !.. wici !.. wojna !..
Bojomir
pchnął okiennicę – istotnie na wzgórzach dalekich płonęły stosy, szeroko
rozlewając jaskrawe, drgające światło ... Coraz więcej i więcej błyskało
płomieni, posuwając się cicho, dalej i dalej, wzywając do obrony wszystkich synów tej
ziemi !..
W
zamęcie gorączkowym, wśród dźwięku rogów i szczęku broni, kapłan podszedł żywo
do rycerza:
—
Słuchaj mię ! — szepnął gorąco — Bądź miłosiernym, a może i nad tobą Bóg
się zmiłuje !
Za
chwilę zameczek stał pusty i ciemny, ledwo tu i ówdzie snuła się postać jakaś, bo
wszyscy na bój poszli.
b
Wrócili
aż na Święta Godów (Bożego Narodzenia); wpadli szumnie, ze zbroic chrzęstem i
dźwiękiem rogów, łupów i jeńców wiodąc niemało. Zaraz też drużyna cała po
domach się rozbiegła, by ze swoimi wieczerzę świętą spożyć, kapłan zaś na zamek
pośpieszył.
Cicho
tam było i głucho. Bojomir siedział samotny z twarzą w dłoniach ukrytą i
rozpamiętywał wigilie one, gdy bliskich, ukochanych miał przy sobie...
W
tej chwili drzwi uchyliły się i stanął w nich człek ponury, olbrzymiej postawy.
—
Czego chcesz? — spytał krótko Bojomir.
—
Wasza miłość !.. — zaczął niepewnym głosem przybysz — jeden z jeńców rannym
jest ciężko !..
—
Więc cóż? — rzucił szorstko rycerz — Tem prędzej zginie ! Do lochu z nim !
—
Wasza miłość!... nie godzi się!... taka noc święta!... Toż i zwierzęciu nawet
krzywdy dziś czynić nie można... Dozwólcie, panie, bym mu rany opatrzył i
przetrzymał u siebie, póki nie wyzdrowieje.
W
tej chwili kapłan przysunął się do gospodarza.
—
Synu mój! — szepnął – to noc święta, noc przebaczenia... uczyń ofiarę z zemsty
swej Dzieciątku Najświętszemu i o miłosierdzie Go proś nad sobą!
Rycerz
milczał, walcząc z nienawiścią, która burzyła mu się w duszy. Strażnik spojrzał
nań błagalnie.
—
Panie — rzekł — to chłopię młodziuchne! Miejcie litość nad nim!...
Bojomir
wahał się jeszcze, wreszcie podniósł oczy spokojne i poważne, snać lepsze uczucia
zwyciężyły.
—
Przyprowadź go tu — rzekł. — Sam rany mu opatrzę.
Strażnik
zniknął i po jakimś czasie pojawił się, wiodąc jeńca.
Chłopak
to był młody i ranny snać ciężko, bo słaniał się idąc, tak że towarzysz niósł
go prawie. Rycerz podszedł żywo ku nim i nagle zatrzymał się zdumiony. Niedźwiedź,
co spał dotąd przy ogniu w kłębek zwinięty, teraz zerwał się i z pomrukiem radosnym
jął łasić się u stóp jeńca, liżąc jego ręce.
Chłopak
drgnął i podniósłszy z trudem głowę, powiódł po komnacie szeroko otwartemi oczyma.
Wzrok jego zatrzymał się na niedźwiedziu i nie mógł już oderwać się od niego.
Widać było, że myśl jakąś niepewną zatrzymać usiłował. Obecni z zapartym tchem
śledzili tę dziwną scenę, czując, że coś ważnego stanie się wnet.
Jakoż chłopak przez chwilę milczał skupiony, z
brwią ściągniętą, a potem dłoń położył na olbrzymiej głowie zwierza.
—
Bar-tek ! — wyszeptał z wysiłkiem.
Nie
skończył jeszcze, a już rycerz podskoczył ku niemu blady jak płótno,
—
Ktoś ty? Na Boga! Ktoś ty? — krzyknął.
Ale
chłopak nie odrzekł już nic. Siły opuściły go i zwisnął wpółomdlały na ręku
strażnika. Bojomir rozerwał szaty na piersi jeńca, na której błysnął krzyżyk
maleńki złoty. Rycerz ujrzawszy go, nie pytał już więcej, tylko z okrzykiem głośnym
chwycił jeńca w ramiona, tuląc go do piersi i obsypując pieszczotami.
—
Jaśko mój ! Jaśko ! — powtarzał, łkając z radości.
Jakoż
istotnie był to syn jego, którego Krzyżacy porwawszy dzieckiem, na knechta swego
wychowali i posłali w bój przeciw braciom rodzonym.
Przez
całą noc tlało łuczywo w komnacie gospodarza zamku. Jaśko nieprzytomny, chorobą
złożony leżał w pościeli, a u wezgłowia jego klęczał rycerz stary, modląc się
gorąco o zdrowie dla swego jedynaka.
Z
dala, z modrzewiowego kościółka przypłynął poważny głos dzwonu, wzywający
wiernych na pasterkę, głoszący światu całemu o Narodzeniu Dzieciątka Boskiego, co
miłość i pokój przynosiło ludziom w darze.
b
Wrócił
też spokój w Bojomira progi. Jasiek, po długiej i ciężkiej chorobie, wstał zdrów i
krzepki jak dąbczak młody; chodził też z ojcem na boje i bił Krzyżaków, aż wióra
leciały ! Dla rannych jeno i bezbronnych litość miał, jako mu surowo ojciec przykazał
i przez długie lata odwaga i prawość dzielnych tych rycerzy za wzór dawane były
innym. Zameczek stoi do dziś dnia, pusty i wpół spalony, a od Jaśka onego, co jako
„Ritter” (rycerz) krzyżacki do dom powróconym cudownie został, ów gródek
"Rytrem" nazwano.
(...) Ćwierć
mili od kąpieli krynickich jest góra zwana Jaworina, kilkaset stóp wysoko zakończona
skalistym wierzchołkiem, na którym spoczywa druga skała dziwnego kształtu, bo
cieńszym końcem, jakby szyją na dół zwrócona, a szerszym brzuchem w górę
stércząca, przezco sprawia w rzeczy saméj na oczy i umysł patrzącego nań z podziwem
wrażenie niepospolite. I ten ułamek skały dziwacznego kształtu staraliśmy się tu
oddać z całą wiernością, lecz niepodobieństwem jest oddać całéj piękności i
bogactwa widoków najrozmaitszych i najbarwniejszéj natury jaka się tu przed okiem
wędrownika rozściela u stóp jego, jakby kraj jaki nowy w sennym złudzeniu wymarzony,
cudem wyczarowany. Jakoż wszystkie trudy jakie przebyć trzeba, zanim się można dostać
na stromą górę, na którą goście kąpielowi najczęściej wołami się dostają,
hojnie wynagrodzi pyszny a rozległy widok. Wkoło tego kamienia, który jest z kruchego
żółtego piaskowca, co przez starość zarósł mchem, wonném zielem macierzanki i
rozchodniku, rośnie gęsty bór bukowy, dodający szczególnéj tajemniczości temu
odosobnionemu miejscu, na którém mimowolnie umysł skłania się ku zadumie i marzeniom,
a wszystkie buki są drobne, karłowate, pokrzywione, w skutek ostrych wiatrów, które
nieustannie dmą na tym wierzchołku i nieraz w najpogodlejszy i najcieplejszy w dole
dzień letni przynoszą śniég zimowy. Buki te wyglądają jakby potwory jakie w drzewa
zaklęte stojące na straży tego kamienia, któremu wieść gminna nadała nazwę
kamienia diabelskiego i pochodzenie szatańskie.
Kamień
ten bowiem przed laty, przed wieki, kiedy jeszcze żyły romantyczne bajki, i widomie
stąpały po ziemi dobre i złe duchy, które chłodna oświata wygoniła pomału z
wyobrażeń ludzkich, porwał szatan i niósł powietrzem od Wieliczki, mściwą gnany
chęcią, by w Węgrzech zawalić nim zamek Pławecki, i zabić mieszkającego w nim
dziedzica, który mu swojéj duszy zapisać nie chciał. I przez chmury, wiatry, burze, w
nocnéj ciszy, ciemnością otoczony, gonił czarny duch z dziwaczném brzemieniem
swojém; lecz w pół drogi do Pławca, zaświtał od wschodu pierwszy brzask dnia nowego,
kur czujny zapiał pieśń swoją przywitania, szatan stracił złowrogą władzę swoją,
kamień upuścił z rąk swoich, a skała lecąc z góry przez próżną przestrzeń,
padła tak dziwacznie w tém samém położeniu. Pod tym skalistym kamieniem jest ciemna,
głęboka jaskinia wiecznie buchająca stęchłém powietrzem, dodającém wedle podań
ludu tamtejszego większą jeszcze pewność jego pochodzeniu szatańskiem.
Gdy
niebo jest pogodne, oko wędrownika napieściwszy się do woli smugami pól, lasów, gór,
rzék i wsi rozrzuconych bez liku w tym powabnym bezładzie jaki tylko przyroda utworzyć
zdoła a sztuka na darmo naśladować usiłuje, z podziwem spocząć może na
tatrzańskich górach odrysowanych na błękicie nieba, błyszczących wiecznym śniegiem,
i na szczytach wież krakowskich [!] które jakby w fantastycznym obrazie, pojawiają się
mgłą oddalenia osłonięte (...).