Spis artykułów:
Andrzej Kolbusz: Jak dawniej w Rytrze przyrodę badano.
Andrzej Kolbusz: O poszukiwaniach złota w Beskidzie Sądeckim.
Andrzej Kolbusz: Szkoła na Kordowcu.
Andrzej Kolbusz: Rezerwat ścisły "Baniska".
M.Cz. Cholewa: Stroje ludowe Ziemi Sądeckiej.
Eugeniusz Pawłowski: Nazwy terenowe Rytra i okolic.
Gazda z Kicory
Andrzej Kolbusz: Trzy wieki Kamieńca.
Wanda Łomnicka - Dulak: Babci Ludwice Nowakowej Na
Osiemdziesiąte urodziny.
Józef Nowak: Życie zwykłego człowieka (fragmenty).
Oryginalne pieśni ludowe z okolic Rytra
Stanisław Staszic: O ziemiorodztwie Karpatow i inny gor i rownin Polski
(fragmenty)
Jaskinie
Jan Wiktor: Pieniny i Ziemia Sądecka (fragmenty)
Andrzej Kolbusz
Jak dawniej w Rytrze przyrodę badano
Rytro miało zawsze duże szczęście do przyrodników, bowiem bogata przyroda okolic
Rytra stanowi dla nich niemałą atrakcję. Widzimy obecnie ożywioną
działalność mającą na celu ochronę naturalnych walorów przyrodniczych resztek
dawnej puszczy karpackiej. W 1987 roku utworzono Popradzki Park Krajobrazowy, w Rytrze
powstał z inicjatywy Stowarzyszenia „Greenworks” Gminny Park Ekologiczny, utworzono
także Leśny Kompleks Promocyjny "Lasy Beskidu Sądeckiego". Mieszkańcy Rytra
ze zrozumieniem podchodzą do tych projektów widząc w nich niemałą szansę rozwoju
swej miejscowości. Szczególnie wrażliwa na problemy ekologiczne staje się młodzież,
która niejednokrotnie z własnej inicjatywy podejmuje prace na rzecz ochrony środowiska
naturalnego. Jesteśmy więc świadkami „historycznego” procesu zmiany świadomości
społeczeństwa, dla którego jeszcze nie tak dawno ochrona przyrody była sprawą
zupełnie drugorzędną wobec rozwijania przemysłu, gwałtownej eksploatacji zasobów
naturalnych i dewastacji krajobrazu.
W 1903 roku w Krakowie, w 37 tomie Sprawozdań Komisji Fizyograficznej ukazała się praca
doktora Edwarda Lubicza Niezabitowskiego zatytułowana „Materyały do fauny kręgowców
w Galicyi. Zwierzęta kręgowe Rytra”. Warto choćby pobieżnie zapoznać się z tą
pracą, która stanowiąc zapewne znakomity materiał porównawczy dla przyrodników, dla
nas – szerokiej publiczności – jest właśnie cennym dokumentem świadomości
ekologicznej naszych przodków.
Autor pracy, który bawił w miesiącach letnich u zamieszkującego w tej okolicy
wybitnego zoologa Fryderyka Schillego, zarządcy lasów w Rytrze, autora znakomitej pracy
„Fauna lepidopterologiczna doliny Popradu i jego dopływów”, „zwracał – jak sam
pisze – szczególniejszą uwagę na zwierzęta kręgowe, jakie się tutaj spotykają”.
W czasie swoich krótkich pobytów nie zdołał Niezabitowski zaobserwować wszystkich
opisanych przez siebie zwierząt, ale informacji uzupełniających udzielił mu Schille.
„Zwierzęta kręgowe Rytra” rozpoczynają się krótkim wstępem, w którym autor z
zachwytem charakteryzuje dzikie ryterskie lasy, „gdzie z trudem tylko można się
przedzierać wśród zwałów olbrzymich pni powalonych przez czas i wichry” Zauważmy,
że opis ten nie dotyczy skrawka zachowanego lasu dziewiczego w Baniskach, ale wszystkich
lasów , które „spotyka się po wyższych górach”. Na niżej położonych stokach
górskich już wtedy jednak wszystkie lasy były „znacznie przetrzebione i charakter
roślinności zmieniony ręką ludzką”.
Niewielki rozmiar niniejszego artykułu nie pozwala na szczegółowe przedstawienie
zawartości pracy Niezabitowskiego. Zajmiemy się więc jedynie tymi zwierzętami,
które już na przełomie wieków stanowiły rzadkość lub zostały opisane w niemalże
sensacyjny dla współczesnych czytelników sposób.
Wśród czterech gatunków nietoperzy wymienionych przez przyrodnika na uwagę zasługuje
nietoperz dwubarwiak, który „oswaja się bardzo łatwo i w niewoli trzyma się długo,
gdy się go karmi muchami, mięsa bowiem surowego nie chce jeść”. Mamy więc bardzo
ciekawą uwagę o sposobie hodowli nietoperzy, którą zapewne w owych czasach
praktykowano.
Niezwykle interesujący jest opis, który przytoczymy w całości, gdyż dotyczy rysia.
„Rzadki ten gdzie indziej w Europie zwierz - pisze Niezabitowski – jest w Karpatach
jeszcze dość częstym, chociaż i tutaj za kilkadziesiąt lat może go zabraknie.
Podług notatek udzielonych mi przez P. Fr. Schllego, od 1888, ubito ogółem w tej
okolicy 14 rysi, a mianowicie: II. 1888 1 szt., I. 1889 1 szt., II. 1889 1 szt., XI. 1891
1 szt., I. 1893 4 szt., IV. 1895 1 szt., IV. 1897 1 szt., VI 1897 1 szt., 27. I. 1900 1
szt., 22. VII. 1902 1 szt. Większa część tych rysi została schwytaną w żelaza.
Postępuje się przy tem w ten sposób, że jeżeli się w lesie znajdzie sarnę ubitą
świeżo przez rysia, obstawia się ją dokoła trzema lub czterema żelazami, do których
na łańcuchu metrowej długości uczepione są żelazne kotwice. Ryś, powracający z
reguły do zabitej sarny, chwyta się za nogę w żelazo i unosi je za sobą o
kilkadziesiąt kroków, dopóki żelazna kotwica nie zaplącze się w krzaki. Raz jeden
tylko ryś złapany odgryzł nogę i dopiero w kilka dni w poblizkiej wsi zabity został,
gdy się rzucił na kozę”. Trudno komentować metody stosowane przez naszych przodków
w polowaniach na drapieżniki. Dzisiaj zostałyby uznane za najokrutniejsze z możliwych
kłusownicze sposoby łowienia zwierząt. Jakie były okresy ochronne? Wystarczy spojrzeć
na kalendarz łowiecki przytoczony powyżej! Najbardziej uderzający jest dla nas brak
jakiejkolwiek refleksji przyrodnika. Całe szczęście, że nie sprawdziły się jego
przewidywania o możliwości wyginięcia rysia w Karpatach. Inne drapieżne ssaki nie
zasłużyły już na tak szczegółowe potraktowanie w tej pracy. Wilk „zachodzi
niekiedy zimą”, Rzadkie są borsuki, kuny leśne i domowe, norki, za to licznie
występują tchórze, gronostaje i wydry.
Sarn wiele nie było, gdyż „niszczone przez rysie nie mogły się liczniej
rozmnożyć”. Równie trudno spotkać było jelenia, choć przyrodnik odnotowuje, że
„raz tylko przed laty ubity został jeden okaz, prawdopodobnie pochodzący z jakiegoś
zwierzyńca”. Trafiał się jeszcze orzeł przedni. Jak pisze Niezabitowski, „w lipcu
bieżącego roku schwytano jeden egzemplarz w żelaza, zastawione przy sarnie, jaką
poprzedniego dnia ubił. W ostatnich latach złapano również jednego w żelaza, jednego
zaś zastrzelono”.
Ubijanie, wybieranie z gniazd i chwytanie w żelaza... Dość! Niech te fragmenty pracy
doktora Edwarda Lubicza Niezabitowskiego – przyrodnika przecież a nie kłusownika –
będą dla współczesnego czytelnika ilustracją jak zmienił się nasz stosunek do
natury i jak wiele gatunków musiało wyginąć, abyśmy zrozumieli, że panowanie w
przyrodzie nie musi oznaczać nieustannego zabijania.
Andrzej Kolbusz
Auri sacra fames!
O poszukiwaniach złota w Beskidzie Sądeckim
Gorączka złota, czyli żywiołowy pęd do poszukiwania tego cennego kruszcu, nie jest,
jak by się mogło wydawać, wynalazkiem Amerykanów, którzy w liczbie stu tysięcy, pod
koniec 1849 roku przeszukiwali dolinę Sacramento w Kalifornii. I pewnie niejeden
poszukiwacz przed Charlie Chaplinem musiał posilać się gotowanym butem, kiedy zamiast
złota odkrył w górach chłód, bezwzględną surowość natury i nędzę włóczęgi.
W Beskidzie Sądeckim złota szukano już kilka wieków wcześniej. Inspiracją dla
licznych poszukiwaczy stał się sławny testament Wydżgi, który Długosz zamieścił w
Liber beneficiorum. Kronikarz podaje, że był w Królestwie Polskim szlachcic Piotr
Wydżga herbu Janina, pan na zamku w Czorsztynie, Rytrze i Łącku, który w okolicznych
górach znalazł bogate minerały i żyły złota. Skarby te zakopał i ukrył w różnych
miejscach, a świadków pozabijał. Największą część skarbu zapakował do beczek i z
tym majątkiem udał się do Krzyżaków, gdzie dokonał żywota. Po przedstawieniu
portretu zdrajcy kronikarz zamieścił w wersji polskiej i łacińskiej testament Wydżgi,
który daje wskazówki, jak dotrzeć do skarbu:
„Ja z Torunia, gdy miałem umrzeć, kazałem zapisać, żeby to na mej duszy nie
zostało.
Najpierw pytajcie się do Krakowa, a z Krakowa do Nowego Sącza, a z Sącza Nowego do
Starego Miasta, a z Starego Miasta do Rytra, a pod tym grodem, pod Rytrem stoi jedna
karczma, a jeden młyn, a tam jedna woda wpada, co ją zwą Roztoka. Pofolgujże wodzie
tej, a idź po niej, a gdy będziesz w lesie daleko, tedy przyjdzie tam druga woda z lewej
ręki, opuść tę na prawo, a folguj tej na lewo, a ta idzie aż do wirzchu. A pod tym
wirzchem jest łączka, ta woda idzie przez nią. A przy tej wodzie jaskinia pod ziemią.
A idziesz jedno stajanie, a potem tę wodę znajdziesz, bo tam ja sem bierał czasem. A
tu, gdzie w samej głowie żem porąbał drzewa do jednej doliny, aby nikt nie poznał, a
tu nad tą doliną jest jeden potoczek, co go zowią Sucha Roztoka. A tu stoi miesiąc i
gwiazdy napisane. Poleć mi pieczę i masz posiągnąć albo co masz i wziąć. A tam jest
kaganiec i miska. A gdy na to miejsce przyjdziesz poklęknij a daj Bogu chwałę etc.
Jestli cię Pan Bóg upamięta, o mej duszy nie zapomnij. A to jest dobro jako groch i
jako siemię a rzadko jako bób. A to Panu Bogu polecam.”
Piotr Wydżga był niewątpliwie postacią autentyczną, gdyż jego panowanie do 1249 roku
w kasztelani sądeckiej potwierdzają dokumenty historyczne. Można również
przypuszczać, że w 1255 roku opuścił on Królestwo Polskie i udał się do
Krzyżaków. Sam testament, który pochodzi z roku 1455 i jest autentycznym dokumentem z
tego terenu, przekazały Długoszowi klaryski ze Starego Sącza. Jest to pierwszy znany
dokument z całej serii tzw. spisków, czyli przewodników do skarbów, które
pieczołowicie przechowywane i potajemnie kopiowane, były rodzinnymi skarbami niejednej
rodziny magnackiej, szlacheckiej a nawet chłopskiej - góralskiej. Podobne w treści i
formie „testamenty Wydżgi” pojawiały się jeszcze niejednokrotnie. Naśladując styl
i formę pierwowzoru, nakazywały poszukiwaczom skarbów kopać w okolicy Tylmanowej,
Barcic, Łącka, Szczawnicy. Sporo takich testamentów kierowało górników lub zwykłych
poszukiwaczy przygód w niedostępne rejony polskich gór. To oni zdobywali szczyty i
odkrywali jaskinie na długo przed taternikami i turystami, a drogę do skarbów oznaczali
tajnymi znakami, które i dziś wprawne oko dostrzeże na skale. Zapewne pęd do
poszukiwania kruszców w górach Sądecczyzny stał się dość wcześnie powszechny,
gdyż w XV wieku poszukiwaczy zaczęły obowiązywać przywileje królewskie, które
przewidywały opłaty na rzecz panującego. Sto lat od czasu, gdy Wydżga udał się do
zakonu, szukał jego skarbu Jan Gładysz de Brzeszcze. Piętnastowieczne przywileje
królewskie odnotowują imiona całych rzeszy poszukiwaczy. Są wśród nich
przedstawiciele różnych stanów, w tym nawet członkowie rodów magnackich, jak
Firlejów czy Lanckorońskich. Warto wspomnieć, że Jan Jordan z Zakliczyna, żupnik
Krakowski od 1504 razem z Mikołajem Lanckorońskim i Mikołajem z Zakliczyna uzyskuje w
r. 1498 przywilej na poszukiwanie kruszców w całej Polsce. Prawie równocześnie z Janem
Jordanem występuje w innym dokumencie Mikołaj Jordan z Zakliczyna. Wymienionym jest on
mianowicie między dwudziestoma uprzywilejowanymi osobami do czynienia poszukiwań już to
conjunctim już to divisim. Zastanowić tu może okoliczność, iż w grupie tychże osób
oprócz wielmożów i kupców, występuje niejaki Pietrzyk z Rytra i jakiś Jabłonka z
Piwnicznej. Pietrzyk Słowak de Ryter to pierwsze zanotowane nazwisko nieszlacheckie
mieszkańca Rytra. Trudno się dziwić, że znalazł się on w gronie pierwszych
uprzywilejowanych poszukiwaczy, skoro to właśnie w górach ryterskich miało się
znajdować legendarne złoto Wydżgi. Właściciele dóbr ryterskich również
interesowali się złotem. Takim był na przykład syn dzierżawcy Rytra Zygmunta
Kazanowskiego Adam z Kazanowa herbu Grzymała, który w 1642 otrzymał dzierżawę salin
wielickich i w związku z tym wystarał się o przywilej wydobywania kruszców na Podhalu.
Tatry, Pieniny, Sądeckie i Bieckie były w XVI i pierwszej połowie XVII w. głównym
terenem intensywnych poszukiwań kruszców. Działało w tym czasie około
sześćdziesiąt ekspedycji poszukiwawczych. Wyniki badań nie były korzystne. Kruszce
odkryto przede wszystkim w Tatrach, jednak ich eksploatacja nie była opłacalna. Od 1732
do 1736 prace górnicze prowadzono na zlecenie Sanguszki na Jarmucie w Pieninach. Ślady
tych robót zachowały się do dziś w postaci sporej sztolni wykutej w pienińskich
andezytach. Mimo niekorzystnych doświadczeń, przy braku znajomości budowy geologicznej
terenu, złota szukano uparcie w całym Beskidzie Sądeckim. Świadczą o tym do dziś
zachowane nazwy Złotne, Złockie, Słotwiny. W okolicach Rytra, kierując się
testamentem Wydżgi, złota spodziewano się najczęściej w okolicach Banisk. Nazwa tego
miejsca, które jest dość rzadkim w Karpatach obsekwentnym osuwiskiem dolinnym,
ozdobionym jeziorkiem i licznymi jaskiniami szczelinowymi, pochodzi prawdopodobnie od
„bań, baniorów, basenów wodnych”, ale może należałoby szukać jej
źródłosłowu w języku węgierskim, gdzie banya to „kopalnia”. Takie objaśnienie
nazwy tłumaczyłoby pochodzenie starej miejscowej legendy, która mówi, że w jeszcze
przed otwarciem kolei, przyjeżdżali do Rytra Madziarzy, którzy w Baniskach, w miejscu
zwanym Zaołtarz prowadzili jakieś sekretne prace górnicze. Tak wielki był to sekret,
że legenda każe przekuwać podkowy koniom, które ciągnęły wyładowane wozy z
jakiegoś tajemniczego miejsca w górach. Według innych miejscowych legend ukryte skarby
można było znaleźć na polanie Mnich pod Kordowcem i oczywiście w ruinach ryterskiego
zamku. Można nawet snuć hipotezy, że miejsce, gdzie ma znajdować się legendarny skarb
Wydżgi nie znajduje się w dolinach Małej lub Wielkiej Roztoki, ale na Suchej Strudze,
której drugi człon nazwy jest dość dziwny dla tego terenu i być może to właśnie
tam znajduje się owa tajemnicza Sucha Roztoka, której śladu próżno dziś szukać w
nazewnictwie i na mapach.
Dokument Leszka Białego z lat 1221 – 1224 rozróżniał poszukiwaczy (inventores) i
kopaczy (fossores). W Rytrze tych pierwszych widziano zapewne przez wieki wielu, choć
często chodzili w góry in secreto, aby nie zdradzić miejsca, gdzie miską można złoto
czerpać jak siemię a nawet bób. Zatarły się znaki ryte na nielicznych tu skałach,
dawno umarły drzewa z wyciętym na korze rysunkiem półksiężyca lub słońca. Złota
Wydżgi zapewne nie znaleziono, ale ukryte skarby czekają nadal na wszystkich tych,
którzy chodzenie w góry pokochali, bo tam skarb twój, gdzie serce twoje.
Andrzej Kolbusz
Szkoła na Kordowcu
Na samym prawie szczycie Kordowca, na wysokości ok. 750 m. znajdują się zabudowania
należące do Zofii Tokarczyk – Tomasiak. Wśród zabudowań wyróżnia się niewielki
drewniany budynek położony malowniczo tuż przy czerwonym szlaku prowadzącym z Rytra na
Niemcową i Radziejową.
Domek ten, który pani Zofia odziedziczyła po swoich rodzicach, został wybudowany już
dosyć dawno i składał się z jednej tylko niewielkiej izby. Kiedy jednak zlikwidowano
słynną „szkołę pod obłokami” na Niemcowej, do której uczęszczały również
dzieci z okolicy Kordowca i Obłazów, władze szkolne w Piwnicznej postanowiły utworzyć
punkt filialny gdzieś w tamtej okolicy. W czasie dwóch miesięcy letnich rozbudowano
więc niewielki budynek w ten sposób, że oprócz sali lekcyjnej urządzono z drugiej
strony sieni izbę dla nauczyciela. Szkoła utworzona w 1961 roku istniała aż do 1976
roku, kiedy to zamknięto ją z powodu znacznego wyludnienia się okolic Kordowca i
Niemcowej.
W szkole uczyło kilku nauczycieli, z których właścicielka budynku pełniąca
jednocześnie funkcję woźnej i sprzątaczki zapamiętała tylko Tomasiaka z Rytra i
Życzkowskiego z Piwnicznej.
W numerze 2 „Polityki” z 1974 w artykule Małgorzaty Pakulskiej „Do szkoły pod
górkę” w rozdziale „Szkoła pod obłokami” czytamy:
„Szkoła filialna we wsi Kordowiec, położona na wysokości około 700 m. Dziewięcioro
dzieci, jedna izba, cztery oddziały. Klasa pierwsza uczy się z drugą, trzecia z
czwartą. Piątoklasiści już muszą kilka kilometrów zbiegać do Rytra albo do
szkolnego autobusu do Młodowa. Gdy przed laty nauczycielka złamała nogę wzywano
śmigłowiec, bo nawet koń nie mógł zjechać. Nowa nauczycielka, Elżbieta Kowalik, ma
21 lat, skończyła w czerwcu Studium Nauczycielskie w Tarnowie. Tu debiutuje. Raz w
tygodniu bywa w mieście i załatwia sprawunki na cały tydzień. Cały przysiółek, a
więc i szkoła nie ma prądu; dzieci słuchają lekcji i radioferii z radia
tranzystorowego. Największe święto to jeśli w szkole wyświetla się przezrocza, ale
akumulator trzeba przynieść na plecach. Pani Elżbieta nie może zostać tu dłużej
niż dwa lata. Żeby nie nastąpił, jak mówią fachowcy „proces wyjałowienia
pedagogicznego”. Należy do rady pedagogicznej w szkole zbiorczej, na posiedzenia
jeździ do Piwnicznej, żeby mieć kontakt z ludźmi. Tu na górze, w swoim pokoju
sąsiadującym z izbą szkolną, ma sporą bibliotekę fachową. I chociaż w
pedagogicznych książkach znajduje inne problemy niż w swojej klasie, czyta dużo.
Wyniki nauczania ma najlepsze, bo przecież pracuje jak dawniej guwernantka, indywidualnie
z każdym uczniem. Często ktoś z dyrekcji gminnej szkoły przychodzi tu przyjrzeć się
lekcjom, nie na kontrolę, ale na konsultację. Zresztą, gdyby coś się źle działo —
na pewno doniosą rodzice. Potrafią ocenić nauczyciela po tym, czy dziecko dużo czasu
spędza nad książkami w domu. Dawniej nie interesowali się tak szkołą w swojej wsi,
teraz pilnują, żeby nikt nie chciał jej zlikwidować. Nie ma nawet takich planów,
żaden z górali nie odda swojego dziecka do internatu. Tutaj wyrównywanie startu mierzy
się po prostu w kilometrach”.
Wbrew optymistycznym przewidywaniom autorki artykułu niedługi był jednak żywot tej
szkoły. Utrzymanie punktu filialnego było zbyt kosztowne wobec zmniejszającej się
stale ilości pierwszoklasistów. Coraz trudniej było również o nauczycieli, którzy
chcieliby pracować w tak trudnych warunkach. Mimo że Kordowiec zelektryfikowano, szkoła
uległa likwidacji.
Został budynek z dzwonkiem elektrycznym nad drzwiami i dwiema ubikacjami w niewielkiej
szopie przytulonej do północnej ściany. Zamieszkał w nim jeden ze starszych synów
pani Tokarczykowej. Urządził sobie przepierzenie w kuchni i doprowadził do budynku
wodę. Tę wodę ciągnęli aż z Żabieńca, gdzie znajdują się bardzo silne źródła.
Aby zamontować w kuchniach dwóch domów krany musieli, pracując głównie kilofami,
wykopać w twardej ziemi i wykuć w skale półtorakilometrowy rów. Doprowadzili jednak
rurociąg na miejsce, a w studzienkach przelewowych wody jest tak dużo, że starczyło
jeszcze dla dwóch domów położonych poniżej.
Kiedy ostatni mieszkaniec opuścił dawną szkołę, budynek zaczął powoli niszczeć i
wkrótce trzeba było usunąć gnijące podłogi z sali lekcyjnej. Pani Tokarczykowa, aby
ratować popadający w ruinę domek, postanowiła go sprzedać. Niełatwo było znaleźć
kupca, bo nieruchomość, choć pięknie położona, jest nadal trudno dostępna, nawet
dla wytrawnego turysty. W końcu budynek wraz z przyległościami nabył w 1998 roku autor
tego artykułu, by urządzić w nim niewielkie, przytulne schronisko dla miłośników
górskich wędrówek.
Andrzej Kolbusz
Rezerwat Ścisły "Baniska"
Rezerwat w Baniskach został założony już w 1924 roku przez mądrego gospodarza lasów
ryterskich hrabiego Adama Stadnickiego.
Obiekt położony jest w w pasmie Radziejowej, na północnym stoku góry Radziejowa (1262
m), w rejonie źródliskowej części potoku Baniska, dopływu Roztoki Ryterskiej. Jego
powierzchnia obejmuje 55,52 ha lasu dziewiczego będącego fragmentem dawnej puszczy
karpackiej. Obszar rezerwatu znajduje się częściowo w obrębie osuwiska. Jest to rzadko
spotykane w Karpatach obsekwentne osuwisko dolinne, formowane w kilku etapach. W obrębie
górnych partii tego osuwiska znajdują się wały koluwialne, a wśród nich malownicze
jeziorko o powierzchni 40 m2. Rzeźba osuwiskowa w znacznym stopniu wpływa na
roślinność rezerwatu. Buczyna karpacka porasta gleby brunatne, zaś kwaśna buczyna
górska uboższe gleby skrytobielicowe.
W lesie przeważa dolnoreglowy drzewostan bukowy z dużym udziałem jodły i jawora oraz z
nieznacznym udziałem świerka. Wiek drzewostanu waha się od 90 – 170 lat, a najstarsze
okazy mają około 200 lat. Najokazalszymi drzewami są w rezerwacie są jodły, których
wysokość często przekracza 30 m, a grubość pni nierzadko dochodzi do 100 cm. Podobne
rozmiary osiągają buki. Jawory osiągają 65 cm grubości i 20 – 25 m wysokości. Taki
jest stan obecny, ale jeszcze w artykule z 1953 r. (Gut) można znaleźć informację, że
najstarsze jodły w rezerwacie sięgają 350 lat wieku, a „niedawno ścięty świerk
posiadał 350 cm obwodu i 54 m wysokości”.
W runie spotkać można niecierpek pospolity, żywokost sercowaty, paprotniki – Brauna i
kolczysty, żywce, szałwię lepką. Wyższe partie gór pokrywa kwaśna buczyna z dużym
udziałem świerka, mniejszą domieszką jodły oraz grupowo występującą brzozą. W
ubogim runie spotyka się trzcinnik leśny, borówkę czarną, podbiałek alpejski,
kosmatkę olbrzymią i kosmatkę gajową. W szczelinach odsłoniętych piaskowców rośnie
widłak wroniec, zanokcica zielona i paprotka zwyczajna.
W rezerwacie mają swoje ostoje: ryś, dzik, wilk, sarna, jeleń, lis, kuna i borsuk. W
okolicy rezerwatu był też obserwowany niedźwiedź. Z większych ptaków występuje tu
głuszec i puchacz. W okolicy zbiornika wodnego spotkać można wiele gatunków gadów i
płazów.
ZWIEDZAJĄC BANISKA PAMIĘTAJMY, ŻE SĄ ONE REZERWATEM ŚCIŚŁYM, A PORUSZANIE SIĘ PO
TERENIE TAKIEGO REZERWATU JEST ZABRONIONE !
Cholewa M.Cz.
Stroje ludowe Ziemi Sądeckiej
Rozwój stroju ludowego i jego zasięgi terytorialne (fragment)
Podgrupa piwniczańsko – ryterska
Charakteryzowały ją: białe portki owcze z czerwoną wstążką, biała gurmana i
kapelusik góralski z czerwoną wąską wstążeczką. Potem zaczęto nosić brązowe
hołośnie z czerwonym lampasikiem i brązowe krótkie gurmanki ( sukno brązowe otrzymuje
się z czarnych owiec), nazywane często kabatami. Górale ruscy, tzn. Łemkowie, którzy
sąsiadowali z podgrupą piwniczańsko – ryterską, nazywali te gurmanki polskimi lub
huniami, czyli guniami. Gurmanka brązowa była lamowana zielonym, granatowym lub czarnym
sukienkiem. Gurmanki te, w przeciwieństwie do białych, są krótkie, sięgają najwyżej
do kolan. Posiadały mały, stojący i niski kołnierz, miały na przodzie wyłogi jak
miejska marynarka. Przyozdabiały ją guziki z rogów jelenich, kieszeni posiadała
cztery: dwie ukośne na przodzie i dwie proste po bokach. U góry miała również
naszycia z sukienka imitującego górne kieszonki. Te gurmany z kieszeniami były
przeciwieństwem innych gurman z Ziemi Sądeckiej, które w ogóle żadnych kieszeni nie
posiadały. Wszystkie inne gurmany miały tylko dwa rozcięcia na biodrach, w które
zatykali gazdowie kapciuch z tytoniem. Torebka z tytoniem zwisała po wewnętrznej stronie
gurmany, zaś kolorowe kutasy i frędzle skórzane wraz z mosiężną ozdobną przetyczką
po zewnętrznej jej stronie. Sama torebka kapciuchowa zrobiona była z machęrzyny, czyli
świńskiego pęcherza. Na nogi obuwano kierpce. W zimie noszono krótkie kożuszki bez
rękawów, często pod gurmanę, czy gurmankę. Nakryciem zimowym była czapka czarnego
koloru z kutasikiem na wierzchu, z oprymą barankową spuszczaną na uszy. Nogi obuwano w
kierpce.
Kobiety nosiły się tak samo jak i gdzie indziej. Różnica polegała na sposobie
wiązania tiulowego czepca na głowie. Bowiem w okolicy Piwnicznej, Rytra i Bączy
wiązano czepiec wprost na głowie, zostawiając guz powstały z wiązania z przodu, a
reszta obszaru góralskiego wdziewała czepce „upinane” szpilkami, bez guza z przodu a
tylko z upięciem tiulu w formie tarczy na czole. Czepiec taki można było nosić aż do
zabrudzenia. Dopiero wówczas go rozpinano, prano i na powrót upinano.
Eugeniusz Pawłowski
Nazwy terenowe Rytra i okolic
BANISKA - boczna dolina Wielkiej Roztoki, także nazwa rezerwatu leśnego w górnej
części dolinki wys. 775 – 1035 m. Ryterskie Baniska to ‘miejsce, gdzie były ( są)
banie, baniory, baseny wodne’, co charakterystyczne dla górskich potoków.
BĄKÓWKA – polana w Roztoce Rtr. – Nazwa dzierż. od n. osob. Bąk.
BERNALSKA – polana B. w Rozt. Rtr. – N. dzierż. Od nazw. Bernalski (?).
BESKID SĄDECKI – wsch. część Beskidów Zachodnich; składa się nań Pasmo Jaworzyny
po prawej i Pasmo Radziejowej po lewej, zach. stronie Popradu z głównymi szczytami
Jaworzyną Krynicką i Radziejową. W tym znaczeniu w mowie ludu nie używane. – N.
złoż. top. – dzierż. Człon pierwszy obcego, prawdopodobnie germańskiego pochodzenia
(ze st. g. niem. Besked = niem. Bescheid < scheiden ‘dzielić’), a więc to samo,
co pol. dział Dział.
BYSTRE CZOŁO –polana w Rozt. Rtr. – N. top. Pierwszy człon – ‘bystry, stromy’,
drugi zapewne ‘wyniosłość, przód, początek’ owej stromizny.
[CYRCHLA, CYRHLA, CYRLA i CERCHLA, CZERSZLA, CZERSZELKA (CERSELKA) ] – b. częsta w
górach n. polany lub góry. – N. kult. Wbrew pozorom nie rum., lecz rodzima,
słowiańska, jako apel. Oznaczała pierwotnie polanę wyrobioną przez oczerchlenie, tj.
okorowanie granicznych drzew, które po uschnięciu, zrąbane, wyznaczały granice
posiadłości nadanej nowemu osadnikowi.
CYRHLA NAD ZBYSZOWSKĄ – polana w Rozt. Rtr. – N. złoż. kult.- dzierż.
(Zbyszowski).
CZERNIACKA – polana w Małej Roztoce. – N. dwuzn.: top. Od ciemnego otoczenia ( lasu)
lub dzierż. Od n. osob. *Czerniak.
CZERTEZ – polana w Rozt. Rtr. – N. oznaczająca ‘obszar wykarczowany’.
CZYTAKÓWKA – polana na Obłazach Rtr. – N. dzierż od n. osob. Citak.
DUDNISKA – polana w M. Rozt. Rtr. – N. top. zapewne od dudnienia potoku.
FUGASÓWKA – polana w Rozt. Rtr. ( Roztoka Wielka) – N. dzierż. Od n. osob. *Fugas?
GROŃ – wzniesienie nad Rozt. Wk. Rtr. – N. top.: groń ‘wzgórze’.
HALA – dość częsta w górach nazwa polany, pastwiska górskiego od apel. Hala, a to
ze słc. hola pastw. Górskie, goły,’ bezleśny teren’.
JASIONOWA - polana w g. ryterskich (969 m). N. raczej top., a nie dzierż., bo n. osob.
*Jasion czy *Jasień tutaj nie spotykana.
JASTRZĘBSKIE – las i polana w Wk. Rozt. Rtr. N. od jastrzębi lub dzierż. n. osob.
*Jastrząb.
JAWORZYNKA POD SKAŁKĄ – polana w Rozt. Rtr. – N. top.
KAMIENNY GROŃ – pole i domy w Obłazach Rtr. – N. top.
KARCZMARSKA – polana i domy w Rtr. - N. dzierż. od właściciela karczmarza lub
właściciela o takim nazwisku.
KICZORA – polana w g. Rtr., dial. Kicora. – N. często spotykana w Karpatach, z nie
używanego dziś apel. kiczera ‘lesista góra’, a to z rum.
KONIECZNA – polana w g. Rtr. pod Przehybą. – N. niezupełnie jasna: od n. osob.
Konieczny, lub top. od apel. koniec: ‘na końcu leżąca, ostatnia’.
KOŃSKI ŻLEB – boczna dolinka w Rozt.Wk. Rtr. – N. złoż. kult. – top.
KORNYTOWA - polana w g. Rtr. – N. dzierż. od n. osob. *Kornet lub *Kornyt , (Kurnyta
– AK).
KOTELNICA – polana w Rozt. Rtr. – N. top. od kocieł z niepolską fonetyką.
KRAMARKA – polana w Rozt. Rtr. – N. dzierż. od n. osob. *Kramarz lub * Kramarski.
KRETÓWKI – polana i domy w Rtr. – N. dzierżawcza od właściciela zagrody, *Kreta
lub top. od kretowiska.
KRZTONÓWKI – polana w Rozt. Rtr. – N. dzierż. od *Krzton.
MAĆKOWSKA – pol. W G. Rtr. – N. dzierż od im. Maciek.
MAGORZYCA – g. i pol. w g. Rtr. – N. top. z rum. magura ‘wysoka, odosobniona
góra’.
MAGURNE – las i pot. w Rtr. – N. top. przym. od magura, zob. wyżej.
MAKOWICA – g. 949m nad Suchą Strugą. Pierwszy szczyt pasma Jaworzyny od Popradu. –
N. raczej top. : makowica oznaczała ‘kopulaste wzniesienie, górę’ niby przez
podobieństwo do główki maku, a taki kształt ma M. (N. od dzikich maków mało
prawdopodobna).
MAŁA ROZTOKA – dolina w Rozt. Rtr. – N. top., zob. roztoka ‘rozwidlenie doliny’.
MIKOŁASKA – g. i os. w Rtr. – N. dzierż. przym. od n. osob. Mikołasz, Mikłosz, a
to zapewne = węg. Miklos.
MNICH – pol. w M. Rozt. Rtr. – N. niejasna: tą n. oznaczało się skały
przypominające kaptur mnisi lub postać mnicha.
NA RYTERSKIEM – ter. w Rtr. – N. dzierż. ‘należy do Rytra’.
OBRZUDOWA POLANA – pol. w M. Rozt. Rtr. – N. złoż. dzierż. – top. (od nazw.
Obrzud).
OSTRY GROŃ – las w Obłazach Rtr. – N. top.
PADLÓWKA – zbocze i os. w Rtr. – N. dzierż. od n. osob. *Padla (?), lub *Padel
(najprawdop. od Padula – AK).
POD DUDŁĘ / (DUDŁA) – las w górach Rtr. – N. zapewne od dudławego
‘spróchniałego’ drzewa.
POD JAWOREM – miejsce w g. Rtr. – N. top.
POD MAKOWICĄ – ter. pod szczytem Makowicy w Suchej Strudze.
POD MODRZEWIEM – miejsce w g. Rtr.
POD PALENISKIEM – pol. w Rozt. Rtr. – Ale *Palenisko nie znane.
POD POLANKĘ – las i dolinka w g. Rtr.
POD STUDNIĘ – las i pot. W Rtr. Zapewne ter. w pobliżu jakiegoś źródła, studni.
POD WĄGLORZ – boczna dolinka Wk. Roztoki Rtr. – N. zapewne w związku z węglarzami
wypalającymi tu niegdyś węgiel drzewny, dlatego n. można by uznać wyjątkowo za kult.
POD ŻŁÓBKI – droga pod przełęczą Żłóbki w g. Rtr.
POLANA GOŁKA – POL. W Rozt. Rtr. – N. złoż top.- dzierż. od nazw. *Gołek.
POTRAWKOWA – pol. w Rozt. Rtr. – N. dzierż. od n. osob. Potrawka(?).
PRZEHYBA MAŁA I WIELKA – szczyty 1175 i 1195 m oraz hala szczytowa (Prz. Mała, także
Mała Prehyba i Prehybka Sosn.148) ogólnie tylko Przehyba lub Prehyba, Kryg.295: Przehyba
w Paśmie Radziejowej, dial.: Prexyba (Przysietnica i Rtr.); SG II 431 pod hasłem Gaboń:
Przehyba (Prehiba), Mwa i Mtur: Prehyba. – N. top. Wg StŁ II 55: „Niewątpliwie to co
Przegib, Przegibka w polskich górskich okolicach... ‘przegięcie, zakręt
(grzbietu)’. – Przy spolszczeniu łemk. Prehyba pozostawiono h. Gwar. przegibnąć to
‘przeskoczyć’, więc nazwę można by wywieść od ‘przejścia, przeskoczenia
jednej z najwyższych gór Sąd. z jednej strony na drugą’ (U K. Matyasa, Lud II 261:
Przechybie w gm. Biesiadki w b. pow. Brzes. :”Lotego ze się przechylo na rózne
strony”.) O nazwie por. W Fedorowicz, Sl.Occ. XXXII, s. 1-11.
RADZIEJOWA - g. 1265 m (wg Kryg 10 – 1262 m) – najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego
– N. dzierż. od n. osob. *Radziej.
ROGACZ – dwa szczyty 1182 i 1175 w Pasmie Radziejowej – N. top. od rozwidlenia obu
szczytów niby rogów jelenich.
ROZTOKA – [MAŁA I WIELKA] – N. top. ‘rozwidlenie doliny’, ‘miejsce, gdzie się
dwa strumienie schodzą’ i w ogóle ‘dolina, wąwóz górski oraz płynący nim potok.
Nazwa słowiańska (roz +tok / ciek-).
SKOTARSKIE – las , dolina w Rtr. – N. dzierż. od n. osob. Skotarz (?).
(‘pasterz’).
SMUŁKOWSKA – pol. w Rozt. Rtr. – N. dzierż. od nazw. *Smułka lub *Smułkowski.
STABANISKA lub STAWANISKA – PASTW. I LAS W Rozt. Wk. Rtr. – N.ciemna.
SZCZECINA – las i grzbiet pod Przehybą – N. top. zapewne od „ szczeciny”
sterczących tu niegdyś poschniętych drzew.
SZYSZKOWA lub SYSKOWA – pol. w Rtr. – N. dzierż. od nazw. Szyszka lub Syska.
TĘCZA – g. 563 m – p., pastw. w Obłazach Rtr. – N. ciemna.
WDŻARY NIŻNE – Polana Wzary niźne w Rozt. Rtr. – N. złoż kult. – top. od wdżar
‘pol. powstała przez wypalenie’.
[ - ] WDŻARY NIŻNE – pol. w Przysietnicy w górach Rtr., zapewne część Wdżarów
– zob. wyżej. Tą nazwą mylnie oznaczają przewodniki tur. nieco wyżej leżącą
polanę (pierwszą grzbietową) na szlaku Rytro – Przehyba, która nazywa się Wychody.
WDŻARY WYŻNE – największa polana w g. Rtr. (do Przysietnicy). Wzary Wyźnie, Wdżary
Wyźne. – N. złoż. kult.- top.
WIETRZNE DZIURY (także Diabli Garnek) – zapadlisko las na grzbiecie Przehyby – N.
top.
WYCHODY – pol. w Rtr. i Przysietnicy – N.top.: stroma pol., którą wychodzi się na
grzbiet.
ZŁOMISTY WIERCH – szczyt 1226 m w głównym grzbiecie Radziejowej nad Rtr. – N. top.
od kształtu grzbietu.
ŻARNOWIEC – ter. w Suchej Strudze – N. kult. Lub top. (od żaren lub od rośliny
żarnowiec).
ŻŁÓBKI – przełęcz między Radziejową a Rogaczem Wk. – N. dwuzn.: top. od
wyżłobienia dość głębokiej przełęczy lub kult. Od jakichś żłóbków, które tu
może kiedyś ustawiano dla dokarmiania zwierzyny płowej.
NAZWY MIEJSCOWOŚCI
RYTRO – wieś na pół góralska nad Popradem. Hist. Ritter (1312) Kod Młp II 225:
Rittyr (1327) ibid. I 206, 1356 ibid. 290; Ritter (regalis) 1581 P. 129; Rytter 1629 Ingl.
200 1673 i 1712 Varia 58 s. 95 i 48 s. 256, 1794 Index Nn; Rytro z Połomem i Zyszanowem
[sic!] 1886 Bigo 170 – N. obca, z niem. Ritter ‘rycerz’ – od zamku obronnego, w
którym rezydował rycerz czuwający nad okolicą i pobierający cła od towarów
spławianych Popradem.
POŁOM – większy ps., raczej trzy odrębne, dość odległe od siebie osiedla 1. Połom
(ż) w Barcicach; 2. 3. Połom Niźńo i Wyźńo w Rytrze. SG VIII 723: Połom, wólka do
Rytra. Połom, ps. Rytra 1886 Bigo 152. – N. top. od połamanego (przez burzę) lasu.
ROZTOKA RYTERSKA – wś, przedłużenie tej wsi w dolinie Roztoki. SG IX 802: Rostoka
Ryterska. – Hist.: Rostoka 1749 Index Mn [?]; Rostoka Ryterska 1886 Bigo 165. – N.
złoż. top. – dzierż.
ŻYCZANÓW – ps. Rytra: SG X 117: Rytro z [...] Ryczanowem [!]; Zyszanów 1886 Bigo 234.
Mwa : Życzanów. Urz. N. 9s.140 błędnie: Rzeczanów. – N. dzierż. od n. osob.
Życzan ‘upragniony, życzony syn’.
ZABRONIE – ps. Barcic. N.top..: ‘miejsce za broną’, tj. bramą’; może w związku
z zamkiem w Rytrze były tu jakieś umocnienia przy szosie, jakaś brona.
SUCHA STRUGA – wś. Osiedlowa górska. SG XI 529: Sucha Struga, tak też hist. : 1629
Ingl. 200, 1673 i 1712 Varia 58 s. 95 i 48 s. 266, 1749 Index (Suchastruga), 1886 Bigo
189. N. top. z dziwnym dla tego terenu drugim członem.
GAZDA
Z KICORY
Jacek: Dzień dobry dziadku ! Przyprowadziłem kolegę i
koleżankę, bo musimy z dziadkiem wywiad do szkoły zrobić
P. Wojciech: Dzień dobry, pewnie chcecie żebym wam poopowiadoł jak dawni
buło... . Często tu takie turysty z miasta przychodzo i kco, żeby im godać.
Natalia: My wcale nie „miastowe”. Jesteśmy z Rytra. Razem z Jackiem do szkoły
chodzimy. Chcieliśmy, żeby opowiedział nam Pan coś ciekawego
P. Wojciech: Ano pamiętam z wojny wszystko. Stary jestem, już żem dużo na tym
świecie przeżył. Dobrze, że Bóg doś tak czuwo nademno.
Natalia: Długo Pan tutaj mieszka w tej głuszy?
P. Wojciech: Ano daleko ponad czydzieści roków i dobrze mi tu.
Mariusz: Nie wolałby Pan mieszkać w Rytrze z rodziną ?
P. Wojciech: Eee wole se tu som siedzieć. Nikomu nie zawadzam.
Natalia: A nie nudzi się tutaj Panu samemu?
P. Wojciech: Dzie mi się nudzi. Do wszystkiego się idzie przyzwyczaić. A tu to
często turysty do mnie zachodzo i kco, żeby im, jak wom dzisiaj opowiadać. A jak się
mi już cnie bardzo to se radjo puszcze.
Mariusz: A schodzi Pan do Rytra ?
P. Wojciech: Na razie to nie schodze. Ostatnio nasz mi noga dokuczo. A downi to
się w lecie schodziło od czasu do czasu dzieci i Pana Boga w Kościele odwidzić.
Jacek: Opowie nam dziadek jak tamtej zimy wilk tutaj przyszedł?
P. Wojciech: Łoj tak, tamte zimy to przysed pod dom. Dobrze, że buł jakisik
pojedzony to nieszczęścia nie narobiuł. Waliło śniegiem w nocy tom wysed popatrzeć i
odgarnąć, żeby mi nie nawioło tak śniega jak
kiedysik com nie móg z chołpy wylyźć. Posed ze mnom Maciuś i Kajtek, jak zobaczyły
łonego to zaczeły ujodać jak szalone. Jo go krzykiem wzioł, bom nic ze sobom ni mioł.
Takiego jazgotu się narobiuło, a łun popaczoł, popaczoł i pomalućku bez płot
przesed i posed se w swojo strone.
Natalia: Mówią, że ma Pan „niedźwiedzi uścisk”, spotkał się Pan kiedyś
z niedźwiedziem ?
P. Wojciech: Kiejsik, już nie pamietom kiedy, niedźwiedź nom zabiuł tako fes
krowe. Pasła się tom pod lasem, a łun wyrwoł takiego pnioka z korzeniami i tym jo
zabiuł. Jak my jo znaleźli to miała zwybijane łocy i połomane rogi. Sporo z ni misa
zjot.....Potem poszed na du do potocka się wodu napić....widocznie basz się
zapchoł, bo my tu słyszeli jak borucoł tam łokropnie. No jak zjot to miso z ty krowy
to reszte zaciągnął jo do dziury, co jo to na skraju lasu zrobił i jeszcze jo tam
przykrył drzewem, bo myśloł, że będzie jo jeszcze jot.
Mariusz: Widział Pan jeszcze po tym niedźwiedzia ?
P. Wojciech: No jak żem sed z Rytra tom jak przesed bez ten mostecek to widze tam w potoku łon ryby chytoł. Miałem ino dwa
chleby tom je mu zostawiuł i poszedłżem do chołpy.
Jacek: To nie uciekał dziadek?
P. Wojciech: Nie uciekołem bom widzioł, że nie kce mi nic zrobić i jesce
łostawiłem mu te dwa chlebusie.
Natalia: To trzeba uciekać przed niedźwiedziem, czy się go wogóle nie bać ?
P. Wojciech: Ady przed misiem to cza prędko uciekać. Ino nie na du bo doguni ino
na skos. A jo wtedy stary bez las miałem uciekać? Łostawiułem mu chleby....łun i tak
zajęty buł chytaniem ryb
Jacek: A jak to niedźwiedź takimi łapami ryby łowi ?
P. Wojciech: A no jes cosik takiego w naturze, że wszysko gro jak należy. Bo
jakby ten niedźwiedź niby te ryby popod kamyki nachytoł? Ady Bóg wiedzioł, co robi.
Mariusz: A pamięta Pan jeszcze jakieś spotkanie z niedźwiedziem ?
P. Wojciech: Pewnie, że pamitom, to pod Radziejowo buło. Poszedłżem tam po
wieńce i napotkołem na jego legowisko. Bóg mie raczył uratować i śtyry jelenie
zesłoł.
Natalia: A jak to legowisko wyglądało?
P. Wojciech: A no legowisko to se takie paradne naszykowoł. Mioł tam trawy
nawłócone, paproci, wis żeby się mu dobrze spało. Obok legowiska mioł pełno kości,
ale z downa, takie sprzed zimy.
Natalia: No to jak kości były sprzed zimy to niedźwiedź musiał być bardzo
głodny. Co było dalej?
P. Wojciech: No całe szczęście, że tam te śtyry jelenie buły i jak je
niedźwiedź uwidzioł, to ruszył za niemi.
Jo ze strachu tom o wieńcach zapomnioł ino w drugo strone jak najszybci i najdali żem
polecioł.
Mariusz: A w tym roku widział Pan coś ?
P. Wojciech: Tej zimy to nic żem nie widzioł. Ani wilka, ani co. Pewnie na
słowacko strone przelazło wszystko
Natalia: Ma pan jakąś broń w domu?
P. Wojciech: Ade no jak wojna buła tom broń mioł, a teroz ? Po co mi łona?
Zwierza zabić żadnego ni mom prawa, bo to teroz łochrona
łod ministra, chyba żeby jakie szkody narobiuł albo co.
Mariusz: I nie boi się Pan sam tutaj mieszkać ?
P. Wojciech: Mam dwa psy. A łone basz wycujne
so. Z daleka jak ktosik idzie to już wiedzo. A czego jo mom się bać? Tyle roków tu
mieszkom i nic złego się nie dzioło. Bo tu tak bliży Boga i łatwi jakie łaski
uprosić.

Anegdota z rozmowy:
Mariusz wyciągnął telefon komórkowy. Wtedy Pan Józef zaskoczył
nas kompletnie.
P. Wojciech: Tu ci komórka będzie słabo
odbirać. Musiołbys iś tam za stodołe kawołek, bo tu mało zasięgu jes.
P. Wojciech : ANOM STARY ALE CO TO KJOMÓRKA TO WIEM !
fot. Mariusz
Andrzej Kolbusz
Trzy wieki Kamieńca
XIX
Po przebyciu szeregu lesistych wzgórz dostajemy się do potężnych ruin zamku w
Odrzykoniu. Na pierwszy rzut oka czynią ruiny na widzu imponujące wrażenie, które
niezatartą zgłoską utwierdza się w głębi duszy. Potężne wzgórze zamkowe, okryte
dzikiem zielskiem, poszyte zielonym kobiercem bluszczu, porosłe z rzadka karłowatą
sosną, brzozami i jałowcem, dźwiga na swych barkach powalonego olbrzyma wieków.
Widać tu często płonące w nocy światełka, bogato ubraną kobietę przędzącą len,
i na czarno ubranych rycerzy, szukających czegoś śród ruin, chodzących po murach,
obiegających dookoła zamek, lub z głuchem narzekaniem spoglądających w dal, na
okolice.
XX
Wiśniowa noc
Do Wiśniowej dojeżdżamy autobusem. Nasze ogromne plecaki robią wrażenie. Himalaje i
Elbrus – sprzęt doskonały mieści namiot, śpiwory, ruską żarmaszynę, benzynę,
prowiant na kilka dni, bo sklepy dobrze zaopatrzona tylko w ocet. Kupujemy flaszkę
wiśniówki i napawamy się przez chwilę widokiem mieniącego się koloru zakupionego
trunku. Ruszamy w stronę gór ścieżką wśród szumiących, pegeerowskich pól, w
głąb dzikiego bezludzia. Po jakimś czasie teren staje się bardziej stromy a w oddali,
niczym majestatyczny cień na niebie, pojawia się i znika odrzykonski zamek. Ciemne
kształty drzew, ścieżki które już były, ptaki odnajdujące miejsca noclegów,
wreszcie mapa i kompas, byle szybciej do zamku, bo zmierzch depcze nam po piętach.
W zapomnianej chacie nieopodal ruin dowiadujemy się, że możemy rozbić namiot na
zamkowym dziedzicu. Noc nadchodzi. Tymczasem trudno wbić szpilki, bo grunt jest skalisty.
Naciągi przyciskamy kamieniami. I już płonie żarmaszyna. Zapach benzyny 84 w herbacie!
Wyśmienita ta herbata sypana. Maleńkie ognisko. Ja, mój przyjaciel, noc i wiśniówka z
menażki po herbacie. Zaczynamy dostrzegać cienie, które pojawiają się jeden z drugim.
Zwabione blaskiem ognia, wyłaniają się spomiędzy drzew, by po chwili znów zatopić
się w zakamarkach ruin. Między świerkami płonie samotny Syriusz. Panuje cisza i jak
zwykle o zmierzchu wszystko wydaje się nierzeczywiste. Z przodu żar ogniska, w środku
ciepła wiśniówka, za plecami zaklęte mury. Rozmawiamy szeptem.
XXI
Blisko
Od głównej szosy do Odrzykonia 1 km. Blisko, skręcamy. Wieś rzeczywiście pojawia się
wkrótce. Potem zakręt i długa prosta wśród pól. Zamek po lewej, daleko, prawie w
chmurach. Dziury, droga w „przebudowie”, dziury, dziury, doły, dziury, przed którymi
nie ma ucieczki. Polami nie da rady, trzeba po dziurach. Wreszcie kochany żółty
trójkąt. Może główną będzie lepiej. Dziury, wąsko, dziury.
Parking
autokary 15 zł.
samochody osobowe 2 zł.
Żużel zarośnięty trawą, smutne „regionalne” ogrodzenie. Sklep zagrodzony i
zakratowany, z piwem w butelkach. Przed sklepem też piwo, z rolbaru, już w plastiku.
Kilku pijaczków na schodach. W zaparkowanych maluchach łysole. Czekają na festyn „pod
zamkiem”. Za sklepem jednoosobowa orkiestra na małej scenie zawalonej elektronicznymi
gratami. Przebój, ale krótki, bo grzmi i pewnie lunie. Mogłoby piorunem w tę
elektronikę, więc może lepiej przerwać.
Parkujemy na skraju drogi w kałuży błota i ruszamy do zamku. Mylimy drogę, idziemy w
stronę Prządek. Skała 1 – Matka Boska XIX wiek, skała 2 – dwie Matki Boskie -
koniec XX wieku. Naród nieliczny na ławeczce. Modlą się.
Wstęp 2 zł.
Wracamy na właściwą drogę do zamku. Za bramą stolik. Przy stoliku na plastikowych
krzesełkach ich troje. Tłumaczą, mocium panie, pytają czy potrzebna książeczka. Pan
w środku mocuje się ze skrzynką, która stoi na stoliku. Pewnie tam te książeczki.
Nie wchodzimy. Wracamy za bramę. Ścieżką wzdłuż fosy idziemy pod skałę, o którą
oparły się resztki murów. Spoglądamy w oczy kolosa, wracamy. Po lewej chata pod
strzechą. Strzecha pod folią. Pewnie cieknie, przegniła słoma. To wizytówka skansenu
w Sanoku.
Karczma
Niektórzy wchodzą po książeczkę. Mówią: dziwacznie. Pod karczmą koń. Śliczny,
czarny. Zadowolony, pijaniutki facet z cygarem w zębach trzyma go za uzdę. Mężczyzna w
krótkich spodenkach podsadza dziewczynkę na siodło. Do zdjęcia. Matka wrzeszczy,
protestuje. W końcu robi zdjęcie. Kiedy aparat błyska i usuwa efekt czerwonych oczu u
konia i dziecka, pijany furman uśmiecha się. Cygar pozostaje na swoim miejscu.
Do samochodu
Zawracamy pod kościółkiem. Ładny, kamienny. Obok ciężarówka MAN. Bez naczepy. Kilku
osiłków w czarnych dresach adidasa zagląda do baku i zawzięcie dyskutuje. Zaczynam
zastanawiać się, czy to może tajemniczy czarni rycerze, o których mówi legenda.
Pytanie
Gdy wracam do samochodu, łysole z białego malucha pytają: „Będzie tu jaki festyn?”
Już jest.
XIX
Gdybym był zdolny zmarłe wskrzeszać życia,
Wstałbyś z tych ruin w dawnym twym ogromie...
Bo chciałbym słuchać serca twego bicia,
Siedząc na skały niedalekiej złomie...
Lecz i tak wzrokiem ducha cię oglądam
W dawnej wielkości – więc cudów nie żądam!
.........................................................................
Babci Ludwice Nowakowej
Na Osiemdziesiąte Urodziny
Babko – co na wirchak jesce gazdujecie
samiusieńko jedna jako toten palec
zaziyrom we Wase wesolućkie łocy
i z całego serca scyrze Boga kwole.
Cały świat pagórzasty zdeptały Wase nogi
telo psiorek i mechów nisko się kłaniało
telo leśnyk sumów smrekowych śpiywanek
do snu wysokiego Babke kolybało.
A tote rącyny – kieloz przerobiuły
na ubocacf po lasak i koło zywiny
nic Wom już nie dziwne i nic już nie straśne
kiej wiater głos niesie w nojdalse doliny.
Kieloz ludzi przesło ścizkom pod bukami
ponieftóre na wyśniom wiekuistom strone
ponieftóre ino na drózki spominek
i na banuwanie z serca nieskońcone.
Wase łojcy cejco z chojcem widuwały
z potoków ślicoty kieby tęca piuły
Dej Wom Boze Babko coby jak najdłuzy
po góraf Wos sarnie nózecki nosiuły.
Wanda Łomnicka – Dulak
Piwniczna Zdrój 7. 09. 2002 r.
Józef Nowak
ŻYCIE ZWYKŁEGO CZŁOWIEKA (fragment)
(...) Wioska Rytro, której centrum usadowiło się nad brzegami potoka Roztoka, ma przysiółki
z domostwami rozrzucone po otaczających dolinę górach. I tak: w górnym biegu potoku na
jednym jego brzegu rozsiadła się Roztoka Wielka, na drugim zaś Roztoka Ryterska; po tej
stronie jest góra nazwana Połom, z przysiółkami Połom Wyżna, Połom Niżna i
Majchry, naprzeciwko zaś góra z przysiółkami Obłazy Ryterskie, Mikołaska, Żłobina.
Po drugiej stronie Popradu usadowiła się miejscowość Sucha Struga, dalej Życzanów, a
ponad górą Żarnowiec, za jej plecami wznosi się 949 metrów ponad poziom morza góra
Makowica.
Wioska jest rozrzucona, i tak była biedna, bo ziemia na stokach górskich, nieodpowiednio
uprawiana, niewiele z siebie dawała.
Przemysłu ani na miejscu, ani w pobliżu nie było. Jedynym źródłem zarobku, ale tylko
dla wybranych, był tartak parowy, usytuowany nad brzegiem Popradu na wysokości stacji
kolejowej. Tartak należał do hrabiego Stadnickiego i zatrudniał sporo robotników.
Natomiast drugi tartak i młyn, zbudowane pod jednym dachem, napędzane były wodą z
rzeczki Młynówki będącej odnogą potoku Roztoka, a należały do człowieka, który w
większości zatrudniał członków własnej rodziny.
Nieco poniżej, opodal mostu kolejowego, był jeszcze drugi młyn napędzany kołem
wodnym. Niewiele jednak mogły zatrudniać robotników te trzy zakłady. Część mężczyzn
pracowała zatem w leśnictwie, przy wyrębie lasu i przygotowaniu ściętego drzewa do
transportu konnego. Drzewo ładowano na wozy i transportowano na plac przed tartakiem.
Tam, odpowiednio posegregowane, jedne kloce szły pod traki i były rżnięte na deski,
inne, powiązane w tratwy, spławiane były wodami Popradu przez flisaków do Dunajca, a
następnie dalej do Wisły i w głąb Polski, czasami nawet do Gdańska.
Przysiółki Rytra składały się z domostw rozrzuconych szeroko, a czasami po kilka
przytulonych do siebie, i znów dalej kilka, w zależności od lokalizacji gruntu właściciela,
a nieraz postawione tam, gdzie, jak mówią miejscowi ludzie, więcej słońca, a wiatr
mniej duje. A trzeba przyznać, że wiatry ryterskie znane są dobrze, szczególnie
jesienią i zimą. Tak porywistych nie spotkasz gdzie indziej.
Na Połomi stały obok siebie zagrody dwu znanych i uchodzących za bogatych gazdów. A
to: Krystiana Maurka, jeżdżącego za robotą i dolarami do „Hameryki”, oraz Gawloka
Jana. Pomiędzy tymi dwoma zagrodami, jakby szukając oparcia, na klinowym kawałku ziemi
stała mała chatka, gdzie mieszkała rodzina wyrobnika, którego przezywano „Trula”.
Trudno dociec, od czego przywarło do głowy rodziny to przezwisko.
Chatka składała się z sieni, kurnej izby, w której gotowano posiłki i grzano się
przy palenisku, oraz izby do spania. We wszystkich pomieszczeniach podłogi były z ubitej
gliny - z tym ,że w izbie do spania podłoga była o 30 cm niżej od poziomu kurnej izby,
aby dym ścielący się z ogniska nie dusił za bardzo dzieciaków. Ognisko rozpalane było
na wymurowanym z kamieni podwyższeniu, tak by matka rodziny gotując strawę, nie musiała
się za bardzo schylać, gdy dokładała drzewa na ogień. Garnki były żeliwne o trzech
nóżkach stawiane bezpośrednio na ogniku. Był też większy trójnóg stalowy, połączony
płaskownikami, używany jako podstawa dla garnków bez nóżek.
Dym, unosząc się z ogniska, ulatniał się otworem w suficie, a dalej poprzez szpary w
gontach, którymi była chata, uchodził w przestrzeń. Wiadomo, że ściany izby, choć
bielone, nigdy białe powyżej paleniska być nie mogły, bo czego nie okopcił dym z
paleniska, to uczernił dym z palącego się łuczywa, jakim oświetlano izbę; na inne oświetlenie
rodziny „Trulów” nie było stać. Nie posiadali swego pola uprawnego, nie chowali więc
żadnego bydełka, a zatem nie było też przy chatce żadnych budynków gospodarczych, a
jedynie przyklejona komóreczka dla kilku kur i królików. Było też niewielkie
pomieszczenie, gdzie ojciec rodziny, który był rzemieślnikiem, dłubał trochę ślusarki,
kowalstwa, a i stolarką nie gardził, i dzieciakom koło obuwia coś zrobił, bo nie
bardzo go było stać na opłacenie szewca. Tuż za oknami rosło kilka drzewek owocowych:
jabłonka papierówka, czereśnie, parę śliw węgierek, najbardziej tu
rozpowszechnionych, jako że na mrozy i wiatry są odporne. Na samym końcu ogrodu, w
klinie, było kilka grządek przeznaczonych na jarzyny, a najwięcej na karpiele, z których
gotowano zupę będącą podstawą wyżywienia.
Poza tymi trzema domostwami, nieco za górką, stał dom Pustułków, a zaś wyżej,
niczym w koronie góry, zabudowania Obrzudów i trzech ze sobą sąsiadujących domostw.
Rodzina „Trulów” miała w tym czasie najstarszą córkę Marysię, syna Janka, a następnie
córki Zosię i Anielcię. Rok 1915 był ciężki, czas wojny, ojciec jeszcze z wojska do
domu nie wrócił, a matka spodziewała się przychówku. Po ciężkiej zimie śniegi nie
topnieją, nie można się wiosny doczekać. Wreszcie jednak przyszło ciepło, a z nim
trochę radości, bo i ojciec wrócił do domu.
Dnia 20 maja 1915 roku rodzina „Trulów” powiększyła się o następnego syna, który
otrzymał na imię Józef. Dziecko mimo nie najlepszych warunków chowało się zdrowo,
ale było bardzo uparte. Tym dzieckiem byłem właśnie ja – Józef Nowak. (...)
Naukę w szkole w Rytrze rozpocząłem od klasy piątej, a ponieważ miałem dobrze
opanowaną klasę czwartą i dużo czytałem, nie miałem kłopotu z nauką, uchodząc za
prymusa. Moja wychowawczyni, Maria Potaszówna, i kierowniczka szkoły, Helena
Ptaszkowska, obserwując moje postępy w nauce doszły do wniosku, że mógłbym uczęszczając
do klasy szóstej, zdać od razu do siódmej.
Egzamin zdałem bez większych kłopotów i tym samym przeszedłem z klasy piątej do siódmej.
Moje nauczycielki liczyły, że po ukończeniu szkoły podstawowej będę chodził do
gimnazjum w Nowym Sączu. Tymczasem jednak nie mieliśmy pieniędzy nawet na podręczniki
i zeszyty potrzebne do siódmej klasy. Latałem więc na stację do każdego przychodzącego
pociągu, aby zarobić parę groszy za odniesienie bagażu letnikom przyjeżdżającym do
Rytra. Chodziłem również z butelkami do Głębokiego za Młodowem, do źródła z wodą
mineralną, nazywaną kwaśną wodą. Niewiele to było, ale myśl, że pieniędzy
potrzebnych na książki inaczej nie zdobędę, pędziła mnie po wodę nieraz dwa razy
dziennie, co wynosiło łącznie 16 km.
Trochę lepiej można było zarobić chodząc do lasu na czarne jagody, poziomki, maliny i
jeżyny. Chodziłem więc z siostrą Marysią w lasy na Roztokę Ryterską i dalej.
Wychodziliśmy o czwartej rano, aby po przejściu sześciu kilometrów nazbierać malin,
wrócić do domu i zanieść jeszcze maliny do Starego Sącza. W ten sposób robiliśmy
dziennie po 18 – 20 kilometrów, nie licząc samego zbierania owoców. Ale uskładałem
sobie niezbędną ilość pieniędzy na książki i zostało jeszcze coś na buty i inne
domowe potrzeby.
Muszę tu wspomnieć, że aby zbierać dary lasu, trzeba było mieć przepustkę, którą
się wykupywało u leśniczego. Przeważnie nie mieliśmy na to pieniędzy i dlatego
unikaliśmy miejsc, gdzie można było spotkać leśniczego czy gajowego, obchodząc je
szeroko górami. Ale zdarzały się i wpadki. Dlatego ja z Wojtkiem Gawlakiem szliśmy
przodem, niosąc trochę owoców, siostry zaś szły w tyle, niosąc wspólny „urobek”.
Jeśli spotkaliśmy leśnika, głośno prosiliśmy, aby nas przepuścił, a wówczas
siostry, słysząc nasze lamenty, chowały się lub obchodziły niebezpieczne miejsce. Leśnicy
nie bardzo nam wierzyli, że jesteśmy sami i że dwie litrowe bańki stanowią nasz całodzienny
zbiór – dlatego raz zatrzymali nas w leśniczówce do dziewiątej wieczór, aby dać
nam nauczkę na przyszłość. Wypuścili nas dopiero, gdy przyszedł po nas ojciec.
W dość oryginalny sposób zapoznałem się z pomidorem. Zobaczyłem ten owoc po raz
pierwszy w rękach chłopca, który przyjechał do Rytra na wakacje. Tak się na niego
zapatrzyłem – w Rytrze nikt nie hodował pomidorów, a i o kupnie nie było mowy – że
rozgniewany chłopiec cisnął we mnie nadgryzionym owocem, trafiając mnie w twarz.
Jednak smak pomidora poznałem dopiero o wiele później.
Lubiłem w tym czasie strugać z drzewa różne zabawki. Z kory drzewa wierzby wyrabiałem
fujarki, na których grałem pasąc krowę. Robiłem też młynki wodne. Woda doprowadzona
rynienką z kory wierzby uruchamiała młynek ustawiony na widlastych podporach, a spadające
z piór młynka krople zdały się rozmawiać i opowiadać legendy o górach. Mogłem
siedzieć obok, wpatrywać się w młynek i słuchać tych opowieści całymi godzinami.
(...)
Zbliżał się wrzesień 1926 roku. Należało się przygotować do rozpoczęcia nauki w
siódmej klasie. Matka, jak mogła, tak ponaprawiała nadwerężone w czasie wakacji porcięta,
koszulę otrzymałem nową, to jest zrobioną z ojca koszuli, która potargała się już
na kołnierzyku i rękawach, ale dla mnie się jeszcze wykroiło. Na książki, których
teraz było więcej, zrobiłem sobie latem niby to teczkę, niby tornister z deseczek i
jakiegoś grubego płótna. Wchodziłem przecież w grono starszych koleżanek i kolegów,
trzeba się było jakoś pokazać.
Po rozpoczęciu nauki, gdy siedzieliśmy na przerwie nad potokiem Roztoka, przywołał
mnie do siebie Jędrek Wichniorz i zaproponował przystąpienie do jego paczki. Zgodziłem
się. Uchwalili, a mnie trudno było się temu sprzeciwić, że każdy przyniesie raz na
tydzień paczkę tytoniu i w czasie dużej przerwy będziemy nad potokiem palić
papierosy. Na pierwszą paczkę jakoś zebrałem złoty dziesięć, no i oczywiście razem
z innymi starałem się puścić je z dymem, choć palenie szło mi opornie. Później
jednak wycofałem się z kółka palaczy. Papierosy mi nie smakowały i wstyd mi było
marnować na nie uciułane z trudem pieniądze, skoro matka nie miała pieniędzy na
chleb, tak że do szkoły dostawałem pieczone kartofle.
Ale jak się zgodziłem należeć do paczki, trudno mi się było ze wszystkiego wyłamać.
Toteż zgodziłem się kiedyś pójść z chłopakami na wagary. Poszliśmy do lasu, który
leżał po drugiej stronie potoku, na zboczu góry Połomi, i stamtąd obserwowaliśmy życie
szkoły. Nie skończyła się dla mnie dobrze ta wyprawa. Nakrył mnie tam brat i wyprawił
do szkoły, gdzie musiałem się przyznać do wagarowania, na dodatek zaś ojciec urządził
mi w domu porządne trzepanie portek.
Skoro już wspominam swoje szkolne występki, muszę się przyznać jeszcze do jednego
kawału, który zrobiłem sam, bez niczyjej namowy, jednej z nauczycielek. Nauczycielka ta
była silnym krótkowidzem, o czym doskonale wiedzieliśmy, bo sprawdzając zeszyty niemal
wodziła po nich nosem. To sprowokowało mnie do kawału. W mętnej wodzie potoku złapałem
wąsatego suma, nazywanego tutaj gucem, i wskoczywszy do klasy przez okno, gwoździem
przyczepiłem suma za ogon do stołka nauczycielki, licząc, że tego nie zauważy. Sum kręcił
się wokół gwoździa. Kiedy nauczycielka siadła na krześle unosząc spódnicę, krzyknęła
wniebogłosy i upadła zemdlona na ziemię. Ja obserwowałem to z zewnątrz, ponieważ była
to klasa żeńska. Podbiegłem wtedy szybko do stołka, wyrwałem suma i wyrzuciłem przez
okno. Dziewczynki pobiegły po kierowniczkę. Kiedy nauczycielka przyszła po chwili do
siebie, powiedziała, że nie wie, co się jej stało, ale coś zimnego i śliskiego
przeleciało jej po nogach. Śledztwo nic nie wykazało. Dziewczynki mnie nie zdradziły.
Ale najadłem się tyle strachu, że przyrzekłem sobie nie robić już nigdy takich kawałów.(...)
Tegoż roku w wigilię ojcu przydarzył się nieprzyjemny wypadek. Lubił zawsze w wigilię
rano wziąć ze sobą coś do jedzenia, ćwiarteczkę wódki, siekierę i iść do lasu po
choinkę. Tak uczynił i tym razem, ale czas mijał, a ojca nie było widać. Wreszcie wrócił
przed wieczorem, wołając od progu, aby przynieść mu dwa wiadra wody. Kazawszy sobie ściągnąć
buty, bo sam nie mógł ich zdjąć, włożył bose nogi do wody. Dopytywany, zaczął
opowiadać. Wybrał i wyciął choinkę i usiadł na pieńku, by zjeść śniadanie. W
pewnym momencie niedaleko od siebie zobaczył wilka. Po chwili pokazał się drugi i
trzeci, tak w końcu doliczył się ośmiu. Wilki otoczyły go i pomału zaczęły krąg
zawężać. Trwało to około godziny. Różne myśli napastowały ojca. Zastanawiał się,
jak się wyrwać, czy mu się to uda i czy nie jest to już jego ostatnia wyprawa po
choinkę. Mróz brał coraz większy, wódka wypita przy śniadaniu przestała działać,
w nogi było mu coraz zimniej, a wilki stale się przybliżały. Musiał się na coś
zdecydować. Upatrzył sobie największego basiora, który był przywódcą stada, i ruszył
w jego kierunku z siekierą. Wilk przesuwał się, ale w kręgu koła, nie uciekając.
Pozostałe wilki, siedząc na tylnych łapach, gotowe w każdej chwili do skoku, obserwowały
poczynania ojca. W pewnym momencie ojcu udało się złapać przywódcę za ogon i
wykorzystując jego ruch obrócić nim młynka w powietrzu. Po dwukrotnym obrocie wokół
osi ojciec puścił ogon w chwili, gdy wilk znajdował się nad spadkiem terenu. Wycie i
skamlenie mocno poturbowanego przywódcy porwało stado na nogi i skłoniło wilki do
ucieczki. Uwolniony z opresji ojciec zabrał siekierę i choinkę i powlókł się do
domu, ale nogi miał tak zziębnięte, że natychmiast po powrocie musiał je włożyć do
zimnej wody, aby uniknąć odmrożenia. Wypadek ten opisała w kilkanaście lat później
Maria Kownacka w swej książce Rogaś z doliny Roztoki, zmieniając nazwisko bohatera na
Pogwizda.
Styczeń 1927 roku obfitował w duże opady śniegu i zadymki. Pewnej niedzieli ojciec
obudził nas mówiąc, że zaspaliśmy i jest już ósma. Ale w mieszkaniu było ciemno.
Gdy otworzyliśmy drzwi, aby wyjść na podwórze, natrafiliśmy na ścianę śniegu. Nie
dało się wyjść z domu. Musieliśmy ładować śnieg do dużego garnka, topić go na
kuchni na wodę, i tak po dwóch godzinach przekopaliśmy najpierw otwór do góry, a
potem tunel ze schodami ze śniegu. Okazało się, że padający obficie śnieg zasypał
dom aż do górnej krawędzi dachu.
Wszystkie miedze i wąwozy zasypał śnieg, tak że czasem wpadało się w zaspę po uszy.
Chciałem jeździć na nartach i próbowałem je zrobić z klepek od beczki, ale mi się
to nie udało. Pozostały sanki. Do szkoły chodziłem, ale przy większym mrozie nogi
owijałem szmatami, aby ich nie odmrozić.(...)
Teraz wychodzę sobie na taras swego domu i patrzę na ruiny XIII – wiecznego zamku.
Chciałbym, aby znalazł się ktoś, kto je zabezpieczy. Po lewej stronie widzę górę Żarnowiec,
porośniętą bukami, które obecnie leśnicy przerzedzają. Szkoda, bo pozostaną łyse
polany, nim zazielenią się młode drzewka. Pod Żarnowcem i Górą Zamkową płynie
bystro Poprad. Po prawej stronie widnieje góra Połom, gdzie się urodziłem. Stoi tam
obecnie maszt anteny przekaźnika telewizyjnego – w miejscu gdzie na ławce obróconej
do góry nogami zjeżdżaliśmy z kolegami po ziarenkach buka na dół. (...)
PIEŚNI
NIC Z MOJEJ RADOŚCI
Nic z mojej radości, nic z mojej uciechy,
Z kim że ja se będę zbirała łorzechy,
Pogniwałam jednego rytrzanecka mojego.
Łon do karcmy idzie, łon ci mie nie widzi,
Z innemi tańcuje, a ze mną się wstydzi.
A ja stoję pod drzwiami i zaliwom sie łzami.
Stanął przed muzycką, brzęknął talarkami.
Ja bidna sirota zalałam się łzami.
I z tego frasunecku posłam spać do domecku.
Przysłam do domecku, siedziałam na łózecku
I tak sobie myśle o mym kochanecku,
A łon idzie i budzi, wstawaj miła otwórz drzwi.
Nie będę wstawała, tobie łotwierała,
Bo bym se tych nocek nie porachowała,
Coś się do mie nachodził i mie bidną nazwodził.
Z KAMINIA NA KAMIEŃ
Z kaminia na kamień
ptosek przelatuje,
nie jedna mi matka (bis)
syna łobiecuje.
Syna łobiecuje,
ale mi go nie do.
Będzie w Szącu jarmak (bis)
niechże se go sprzedo.
Będzie w Szącu jeden,
a w Piwnicny drugi,
niechże se go sprzedo, (bis)
powypłaco długi.
Jakbym go sprzedała,
co byś ty robiuła.
chodziułabyś po wsi (bis)
gorzkie łzy roniuła.
ŁOD RYTRA DO SZĄCA
Łod Rytra do Sząca płynie woda rwiąca,
nie mogę jej zatrzymać.
Wiem ci ja, wiem ci ja o ładnej dziewczynie,
ale mi jej nie kcą dać.
Jak mi jej nie dacie,
To se ją trzymajcie, dajcie se ją malować.
A ja se pojade za cyrwone morze
i tam będę wojować.
Jakem zawojował trzy godziny z rana,
ona na mnie wołała.
Powróćże se powróć moje pociesenie,
czemże ja cie zgniewała.
Pogniewałażeś mnie dwoma słóweczkami,
sama nie wiesz jakiemi.
Jakem raz przejeżdżał popod twe łokienko,
toś była z innemi.
RYTRO, MOJE RYTRO
Rytro, moje Rytro
ty moja wiosecko,
gdybyś było większe,
byłobyś miastecko.
Banuje, banuje
trybecka za wodą,
ale ja nie bede,
chodoku za tobą.
Żebym ja umiała,
to bym ja śpiewała,
jaz by się ryterska
góra rozligała.
Stanisław Staszic
O ziemiorodztwie Karpatow i inny gor i rownin Polski
(fragmenty)
[ ludność]
W całego tego pasma gorach [Bieskidach] , czyli to w jistocie jich glazowiszcza, czyli też
w składzie tuteiszych wod, czyli w gatunku pewnych gazow, z tego rodzaju gór wychodzących,
znaiduje się coś szkodliwego, jedynie organizacyj ciał ludzkich. Jest w składzie tychże
gór ościennych, jakaś rzecz, która nie tykając żadnego gatunku innych zwierząt,
kazi jedynie i przenaturza, że tak powiem, naibłochorodnieisze z wszystkich zwierząt
rodzajow, człowieka plemie. Robi z ludzi stworzenia, które pierwszy raz spotkawszy, przy
pierwszem na nich spoirzeniu, ludzkość naiprzód jakieś bolesne przechodzą wstrętnienia,
a potem cierpiąca litość. ... Zdaje się, iż nagle, w tych mieiscach, traci natura
miarę w stosunku członków ciał ludzkich. Jedne zbyt długie, drugie nadto krotkie;
wszystkie jakoby bezwładne. Poczwarność bywa rzucana tu w ludzką postawę, a
naiwieksza kazń, w naipienknieiszą człowieka własność, w rozumu władzę.
Tu widać mnostwo tych ułomnych, zadurzałych; w mowieniu mających trudność i
niezrozumiałość: w każdem zewnętrznem ruszeniu samą niezmiarność, i jakoby kości
rozczłonienie. W wszystkich jch zewnętrznych smysłach, i w wewnętrznych jch umysłu
działaniach, jakąś ciężkość i zgłupiałość. Głowy wielkie, ale tylko obrzmiałe,
gardła ogromne na piersi jm spadają; napęczniałe wargi, zawsze rozdziawiona gęba,
brew gruba, strzępa obwisła, opadłe szczoki, a czarno żołtawa skora. Takich nędznych
ludzi garluchow w tuteiszem pasmie znaiduje się znaczne mnostwo. (...)
Widzieć jeh wszędzie pełno w gorach Żywieckich, w okolicach gory Babi, w całym ciągu
kraju, gdzie leżą Konin, Szczawa, Zarzec, Obydza, Łaźi, w okolicach Starego Sącza,
Uchryna, Stawisza, Konieczny i t. d.
A przekroczywszy tylko z tych gor ościennych, na gory pierworodne, już nigdzie tych
poczwar nie postrzec. Owszem, choć w gorach nierownie wyższych, wszędzie lud piękny,
rosły, w umysłowych władzach usposobiony dokładnie. Jak to wkrotce obaczemy niżei.
[wody mineralne]
Drugą osobliwszą własnością [oprócz opisanej powyżej] w tem pasmie, stykającem się
z linią naibliższą przechodu z gor ościennych do gor pierworodnych, są trzysczące,
liczne źrzodła, zwanych tu wod kwaśnych, wod gazowanych. Głowną częścią tych wod
jest tu gaz, czyli kwas wąglowy. On więcei jak czwartą jch część zabiera. Inne zaś
części są: wapno zwąglone, magnezya, soda i żelazo.(...)
Podobne wody kwaśne znaidują się w okolicach Krosnicy, Tylka, Biela, Wsi Sławiańskiei,
Lubla, Druzbokow, Piwniczny, Roztoka, Krynicy, Konieczny, Bardyjowa. i t. d.
Jaskinie
W granicach ryterskiej gminy, w pasmach Radziejowej i Jaworzyny Krynickiej (Makowica),
grotołazi odkryli 20 jaskiń szczelinowych (pseudokrasowych). Obiekty te zostały
zlokalizowane i zbadane w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX w. przez
speleologów, członków Sądeckiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego.
W paśmie Radziejowej jaskinie można spotkać w Wietrznych dziurach, na stokach Wdżarów,
na pn. stokach Koniecznej. Właśnie tutaj znajduje się największa z odkrytych
dotychczas jaskiń, jakinia Roztoczańska, długości 130 m i głębokości 10 m. Większość
jaskiń szczelinowych ma po kilka metrów długości i głębokości. Na północnych
stokach Radziejowej w jaskini Bania (dł. 24m) miał podobno przechowywać skarby
legendarny kasztelan Wydżga.
Jaskinie „Dziadka Buczka” i „Dziura pod Kiczorą” – jak wskazują nazwy – można
znaleźć na Kicorze. „Jaworzyński Dzwon” na Jaworzynie, a w Baniskach jaskinię zwaną
„Studnia”.
Na Makowicy odkryto też kilka jaskiń noszących oryginalne nazwy „Sucha Szczelina”,
„Lisia Jama”, „Jama Brudasów”, „Jama pod Cyrlą”.
Jan Wiktor
PIENINY I ZIEMIA SĄDECKA
(Fragment)
Sądecczyzna nie ma olbrzymich budowli, wspaniałych zamków, gdzie by była wmurowana
duma i przepych magnatów, królików kresowych, chcących uświetnić pamięć swego
istnienia. Wyrastały małe gródki ponad Dunajcem i Popradem, przyczepione do urwistych
zboczy i do skalnych szczytów, aby być obroną granic, zbrojnym ramieniem odpierającym
najazd i zasłaniającym urodzajne doliny przed napadami. Wszystkie te strażnice zniszczył
nieubłagany, bezwzględny czas, a co on oszczędził, to zburzyła jeszcze chciwsza,
bardziej bezwzględna ręka ludzka. Zostały ruiny pokryte warstwami ziemi, krzewami,
resztki murów głęboko wkorzenione po to, aby kryć wspomnienia, legendy, podania,
klechdy o wielkich uniesieniach religijnych i buntach. O północy – twierdzi legenda
– wyłaniają się z ruin białe postacie, przeklęte, pokutujące, cierpiące, aby zaświadczyć
o zdarzeniach dawno przeminionych i zapomnianych. Każda gruda, każda bryła przeżywa
to, czym żyła w przeszłości. Ta niezwykła ziemia, pełna wspomnień historycznych,
uroczych zakątków, uroczysk, oddycha opowieściami, czasem wstrząsającymi w swej
grozie.
Wśród strażnic zajmuje ważne miejsce zamek w Rytrze, górujący nad drogą wiodącą
do Węgier; po nim niewiele zostało, chociaż był zbudowany z ciosu, wkopany w skały.
Mury, wyrastające na różnych wysokościach, biegły jak nakazuje kapryśna wola wzgórz.
Strzelał wysoko basztami, grzązł w chmurach grożących piorunami, urągliwy chciał
przetrwać wieki, a zdruzgotany kto wie jakimi ciosami jest jeno świadectwem, że znikome
są wysiłki ludzkie. Na stromej skale po prawym brzegu Popradu dochowały się resztki
pierwotnego zamku i baszta. Jest to jeden z najstarszych zabytków budownictwa na ziemiach
polskich, jak twierdzą znawcy, pochodzący z czasów Chrobrego, nazywający się Ritter.
Najdawniejszym dokumentem związanym z nim jest przywilej Łokietka z r. 1312. Przyznający
klaryskom starosądeckim prawo pobierania cła na Popradzie, którym wówczas spływały
tratwy z beczkami wina, miedzią, południowymi towarami. Zamek był własnością królewską
i spełniał ważną rolę jako jedna z twierdz broniących granicy od południa. Przy tym
służył za letnią rezydencję starostom sądeckim. Z biegiem czasu stracił swe
znaczenie, szybko uległ zniszczeniu, opustoszał i już w 1658 stał ruderą. Jeszcze
zapewne w r. 1657 był schronieniem dla obrońców, wtedy Rakoczy przypuścił szturm i
zburzył go do reszty.
Po wielu latach pisze ks. Petrykowski:
Mimo to wszystko szczątki tego zamczyska, podobnie jak i Tropsztynu, sterczą jeszcze po
dziś dzień
i urągają śmiało huraganom, które przez tyle wieków przeszumiały nad głową jego.
Może by wykopaliska, ukryte w ziemi, powiedziały coś więcej o dziejach zamku, dzisiaj
zaś o przeszłości mówią tylko wygrzebane przez przypadek skorupy naczyń, mis, garnków,
kafli, ozdób z miedzi, żelaza, groty, kule, strzały.
Rytro jest starożytną osadą, rozrzuconą nad rzeczką Roztoką, po lewej stronie nagle
zwężającego się Popradu, tworzącego przełom nie tak jednak osobliwy jak przełom
pieniński. Wieś odznacza się piękną okolicą, otoczona pasmem wzgórz, spośród których
góruje szczyt Makowicy, mający 949 m wysokości. Przyroda wyposażyła te strony wielu różnorodnymi
przejawami uroku, znajdującego swych gorących wielbicieli.
Jakże często i mieszkańcy wsi, i letnicy szukający spoczynku i zdrowia wspinają się
ku ruinom zamku, aby myślą ulecieć ku przeszłości, spojrzeć w dal we wszystkie
strony i posłuchać klechd zatajonych w gruzach i krzewach.
Zginęła pamięć życia, ale wciąż żywa pozostała powieść o rycerzu na białym
koniu, który oszukał kupca i zamiast beczki wina wziął beczkę złota, złożył fałszywą
przysięgę i sam siebie przeklął:
— Jeżelim zamiast beczki wina wziął beczkę pieniędzy, niech mnie ani ogień, ani
woda, ani ziemia, ani piekło, ani niebo po śmierci nie przyjmie.
Umarł, ale ciała nie można było pogrzebać. Zakopane w ziemię, nazajutrz na wierzchu
leżało, wrzucone w ogień, nie gorzało, utopione w głębinie, wypływało na
powierzchnię wody i wciąż było wyrzutem, przypomnieniem przysięgi.
Klechda wydobywa spod gruzów, lochów jakieś rzeczywiste zdarzenie, zniekształca je,
osnuwa poezją i każe żyć i przypominać. Kamienie zapamiętały słowa wyrzeczone w sądzie
i powtarzają je niezmiennie od setek lat.
Podziemia kryją złoto, którego ręka ludzka nie może dotknąć, bo z krzywdy powstało
i przekleństwem byłoby dla każdego. A o północy ów rycerz zmartwychwstaje, aby po
tysiąckroć przeżywać to samo. Wyjeżdża stąd na białym koniu, podąża do Sącza,
staje przed sądem i chce czemuś zaprzeczyć, dać świadectwo prawdzie, ale nie może
wyrzec słowa. Ciśnięty na niego kamień przez bliźniego byłby łaską, przekleństwo
byłoby ulgą, wszelki zadany ból byłby zmazywaniem win i wybawieniem. Nikomu jednak nie
wolno tego uczynić. Daremnie na nie czeka. Pokuta jego skończy się wtedy, kiedy złoto
w wino się zamieni. Wszyscy nasłuchują, jednakże wciąż brzmi dźwięk metalu.
Na ulicach widać na białym koniu widmo rycerza płaczącego: spływają łzy po twarzy,
padają na kamienie twarde jak serce ludzkie.
O żubrach, łosiach nie mówi nigdy legenda, ale wciąż żywe są opowieści o walce z
wilkami, o napadach na stada owiec. W resztkach dzisiejszej puszczy leśnej, wśród
olbrzymich jodeł czai się piorun wśród drapieżców: ryś. Już ostatnie okazy gdzieś
się plączą. Czasem zadudni ziemia od kroków jeleni zmierzających ku Pieninom, gdzie
nikt krzywdy nie zrobi, a zostawione naręcza paszy przynęcają. Pomiędzy pniami przemkną
płowe mgnienia saren. Czasem zjawi się biały rogacz – stary leśnik z wiarą
opowiada. Sarny nie lubią takich intruzów. Pozostałe rogacze źle do niego usposobione
rzucają się z nienawiścią jako na wroga i zmuszają go do ucieczki. Podanie ludowe głosi,
że kto zabije białego rogacza, ten ginie śmiercią nagłą. Ukazał się z wiosną 1940
r. pod Koszarkami, przedostał się przez pasmo radziejowskie i znalazł w lasach
ryterskich.
W 1941 sekretarz Franka, syn Keitla, przyjechał na polowanie do Rytra. Leśny przestrzegał,
aby nie strzelał do białego rogacza, bo to nieszczęściem grozi. Niemiec wydrwił przesądy
prostego człowieka. Zabił – i sam w niedługim czasie zginął.